środa, 14 lutego 2018

Żyjemy w kraju absurdów- część 2

Pamiętacie mój wpis odnośnie ogrzewania w naszym domu (LINK)? Na końcu artykułu napisałam zdanie "(...) a my dostaliśmy informację, że w ciągu 5 dni ma być decyzja odnośnie zgody", jakże mylne były nasze nadzieje! Więc jedziemy z opowieścią dalej. W czwartek, 21 grudnia, Krzysztof ponownie wybrał się do Urzędu Miasta odebrać zgodę. W końcu dostaliśmy list, że w ciągu 5 dni od jego otrzymania możemy odebrać decyzję dotyczącą naszego mieszkania. Otrzymał tam informację, że jeszcze jej nie ma, bo brakuje podpisu jakieś Pani, a jej akurat nie ma w pracy. Krzysztof pokornie przyjął tę informację i zadzwonił do mnie aby przekazać mi te złe wieści, a ze mną tak łatwo w urzędzie już nie mieli. Obiecałam sobie, że na święta będziemy mieli ciepło, więc nie zostawiłam tej sprawy samopas. Założyłam kurtkę, ubrałam Idalię i ruszyłam na wojnę stoczyć kolejną bitwę.

Krzysiek powiedział mi, do którego pokoju mam się udać, a gdy weszłam do niego w pomieszczeniu stały dwa biurka, a za nimi siedziały dwie młode panie. Podeszłam do jednej z nich i powiedziałam w jakiej sprawie przyszłam. Ona, dość zdziwiona odpowiedziała mi, że przecież był już Pan dziś w tej sprawie. Uprzejmie odpowiedziałam, że wiem, że był narzeczony niestety musiał już jechać do pracy, a jako, że ja siedzę z córką w zimnym mieszkaniu przyszłam odebrać naszą decyzję w sprawie instalacji grzewczej i nie wyjdę póki tej decyzji nie otrzymam. Pani bardzo się zdziwiła i powiedziała, że pójdzie do Pana, który zajmuje się naszą sprawą i prosi o chwilę cierpliwości. Ja w tym czasie rozpłaszczyłam siebie i Idę i rozsiadłam się wygodnie. Kobieta wróciła z panem, nazwijmy go J, który cierpliwie zaczął tłumaczyć mi, że zgody nie ma, bo Pani, która daje podpisy na decyzjach aktualnie przebywa na L4. Wysłuchałam go i odpowiedziałam, że ja mam w domu zimno, dziecko chodzi ubrane w 3 warstwy, w święta mamy chrzciny i naprawdę nie przekonuję mnie fakt, że mam w domu po 15 stopni tylko dlatego, że jakaś Pani przebywa na L4. Powiedziałam również, że to w ich gestii leży zapewnić osobę, która w zastępstwie takie podpisy może złożyć. Dodałam, że 7 dni temu dostaliśmy list w którym było napisane, że za pięć dni możemy odebrać decyzję dotyczącą naszego mieszkania. Pan odpowiedział, że tak, że wysłał takie pismo żeby przyspieszyć naszą sprawę. Odpowiedziałam, że jestem mu za to bardzo wdzięczna, a będę jeszcze bardziej jak doprowadzi naszą sprawę do końca - DZIŚ. Pan był dość zdziwiony moją postawą i poprosił mnie o chwilę cierpliwości. Wrócił z jeszcze jednym mężczyzną, któremu wyjaśniłam jeszcze raz naszą sytuacje dodając, że nie wyjdę póki nie dostanę decyzji, bo "tu nam ciepło". Pan wykazał zrozumienie i powiedział, że zrobi wszystko żebyśmy otrzymali dziś potrzebne dokumenty. Wychodząc powiedział, że wróci za 15 minut, a pan J wyszedł razem z nim. Panie z sekretariatu poparły moją postawę mówiąc, że może w końcu zauważą, że jest problem i że ludzie w grudniu nie mają ogrzewania przez jakieś głupie podpisy. W tym czasie Panowie wrócili z potrzebnymi dokumentami. Udało się. Mieliśmy zgodę. Myślałam, że wtedy pójdzie z górki! Ponownie się myliłam....

Zadzwoniłam do Krzyśka, że mamy to! Nie mógł uwierzyć jak to zrobiłam. Opowiedziałam mu wszystko, a on wyszedł wcześniej z pracy żebyśmy mogli pojechać do gazowni i ogarnąć wymianę licznika. Szczerze wierzyliśmy w to, że przed świętami będziemy mieli ogrzewanie. W PGNiG powiedzieli nam, że najlepiej jakbyśmy sami ogarnęli w głównej siedzibie gazowni wymianę naszego licznika, bo jak oni będą to załatwiać, to może to potrwać do dwóch tygodni. Uprzejma Pani powiedziała nam również, że brakuje w naszej dokumentacji protokołu szczelności, a bez tego wymiana licznika nie będzie możliwa. Osoby, które będą nam ów licznik wymieniać mogą poprosić o ten dokument do wglądu i odmówić instalacji, a każdy kolejny ich przyjazd będzie dodatkowo płatny. Pierwszy jest w ramach umowy z PGNiG. Podziękowaliśmy jej za cenne informacje i ruszyliśmy do domu, ponieważ główna siedziba gazowni była już zamknięta. Była godzina 15.30, kiedy postanowiłam zadzwonić do administracji, a konkretnie do Pana M, poprosić go żeby rano następnego dnia uszykował nam ten protokół. Mieliśmy w planach podjechać po niego z samego rana, żeby następnie w gazowni błagać o wymianę licznika przed weekendem. Pozwolę sobie swoją rozmowę z Panem M przedstawić w formie dialogu.
Ja: Witam Panie M, dzwonię gdyż otrzymaliśmy już zgodę z urzędu miasta na założenie instalacji grzewczej, właśnie wracamy z PGNiG i dowiedzieliśmy się, że w dokumentacji brakuje nam jakiegoś dokumenty, który poświadcza, że wszystkie kominy u nas są szczelne. Czy....
M: Czy Pani nie widzi, która jest godzina?! Ja już dawno skończyłem pracę! (skończył ją o 15)
Ja: Panie M, ja rozumiem, ale chciałam tylko poprosić, żeby uszykował nam Pan ten dokument jutro z samego rana, bo chcemy wezwać gazownię do wymiany licznika.
M: PANI JEST BEZCZELNA! POWTARZAM JA JUŻ SKOŃCZYŁEM NA DZIŚ PRACĘ!
Zanim rzucił mi słuchawką zdążyłam wrzasnąć, że mam to gdzieś, bo jest mi zimno, ale nie wiem czy to słyszał. Uwierzcie mi po tej rozmowie pierwszy raz od roku poczułam chęć zapalenia papierosa i pewnie gdybym nie karmiła małej, zrobiłabym to. Wróciliśmy do domu i przerażeni czekaliśmy co przyniesie następny dzień...

O 7 rano pojechałam z moim tatą do administracji po brakujące dokumenty (swoją drogą mega wpieniło mnie to, że tego dokumentu nie dali nam wcześniej). Gdy weszłam do sekretariatu, Pani skierowała mnie prosto do Pana M. Wiedząc już, że będę pisać na niego oficjalną skargę stwierdziłam, że nie poruszę z nim tematu rozmowy telefonicznej z dnia poprzedniego, on również nic nie powiedział. Poinformował go po co przyszłam, a on powiedział mi, że tego dokumentu nie ma i że trzeba wezwać kominiarza żeby go wypisał. Przy mnie zadzwonił do Mistrza Kominiarskiego, który obiecał wysłać dziś do nas kominiarzy około godziny 11, którzy sprawdzą szczelność naszych kominów. Posiadając taką informację postanowiłam podjechać z tatą do głównej siedziby gazowni, aby ustalić termin wymiany licznika (a właściwie błagać by przyjechali do nas tego samego dnia). Udało się. Pan z gazowni zlitował się nad nami i wcisnął nasze mieszkanie w grafik zleceń. Umówiłam się z nim, że przyjadą wymienić licznik w okolicach 13-14. Byłam na prawdę szczęśliwa! Wszystko układało się po naszej myśli, oczami wyobraźni widziałam już ciepłe kaloryfery i powrót do spania w naszym łożu "małżeńskim" ;) Po powrocie do domu Krzysiek zadzwonił do serwisanta i umówił się z nim na uruchomienie pieca na godzinę 15- ostatni punkt w karawanie naszych działań. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, czekaliśmy na kominiarza. 

W okolicach 11 przyjechali kominiarze i sprawdzali szczelność. Powiedzieli nam, że papier z tych działań musi wystawić Mistrz Kominiarski i że będzie on do odbioru po świętach. Pierwsze bum. Ubłagaliśmy ich żeby namówili swojego szefa, aby wystawił ten dokument dziś i wysłał nam jego skan mailem, bo o 14 mają nam wymienić licznik i ten dokument jest niezbędny. Obiecali zrobić wszystko co w ich mocy i zrobili. Przed godziną 13 skan wyżej wymienionego dokumentu pojawił się w mojej skrzynce odbiorczej. Po 13 otwierałam drzwi Panom z gazowni. Poprosili o projekt instalacji, zgodę z urzędu miasta i protokół szczelności. Daliśmy im potrzebne dokumenty i... I okazało się, że nie mamy protokołu szczelności. Tak. Dobrze czytacie. Tego dokumentu po który jechałam tego samego dnia rano. Tego dokumentu, który mieli mi wystawić kominiarze. Ponadto powiedzieli,  że w projekcie jest błąd. No kurwa mać, czaicie to? Jak pamiętacie z poprzedniego wpisu (LINK) projekt był robiony PO założeniu instalacji w naszym mieszkaniu. Wracając do protokołu okazało się, że kominiarze wystawili jakiś dokument po wykonawczy, bo tak im powiedział Pan M z administracji. Krzysiek wkurzony zadzwonił do niego pytając dlaczego dał nam zły dokument. Powiedział, że przecież prosiłam o protokół szczelności, że potrzebujemy go na JUŻ. A Pan M odpowiedział, że przecież powiedziałam "protokół, który mówi, że jest szczelnie" (what a difference?) i że ten protokół to on ma w administracji. Krzysiek powiedział mu, że przecież to co mówiłam to to samo i że to on powinien wiedzieć jaki dokument będzie nam potrzebny, a nie my, bo to on się tym zajmuje i się na tym zna. Powiedział również, że będziemy po ten dokument w przeciągu 15 minut i wiecie co? Wiecie co odpowiedział Pan M? "Ale Panie... Jest piątek przed świętami! W biurze to już dawno nikogo nie ma!", była 13.30. Przecież dzień wcześniej nakrzyczał na mnie, że pracują do 15! Nic już nie mogliśmy zdziałać. Podziękowaliśmy Panom z gazowni i odwołaliśmy serwisanta. Następnie zadzwoniłam do Pana M i wykrzyczałam mu, że wiem, że specjalnie dał nam zły dokument w odwecie za wczorajszą rozmowę telefoniczną, że napiszę na niego oficjalną skargę i że życzę mu zimnych świąt, bo my dzięki niemu właśnie takie będziemy mieć i rozłączyłam się nie czekając na odpowiedź. Po tym wszystkim usiadłam na podłogę i zaczęłam płakać. Wszystkie starania na nic... Nie będzie ogrzewania na święta... 


CDN... 


 Wpadajcie na mój instagram LINK ;)

piątek, 2 lutego 2018

Stawiamy pierwsze kroki w wodzie! Czy warto zapisać dziecko na basen?

Pamiętam, że jeszcze kiedy byłam w ciąży Krzysiek wrócił pewnego dnia do domu z pomysłem, że jak tylko mała się urodzi zapiszemy ją na basen. Pamiętam też, że trochę się wtedy popukałam w głowę myśląc, jak on sobie wyobraża takiego malucha na basenie. Krzysiek zarzekał się, że to bezpieczne, że razem z przyjacielem oglądali filmiki małych bobasów (brzmi dziwnie, wiem :D), które kąpały się w takich śmiesznych kołach pływackich na głowach, nawet pokazał mi te filmiki i nadal podtrzymywał, że nasza córka też na takie zajęcia będzie chodzić. Stopniowo sama zaczęłam zgłębiać temat, dowiedziałam się, że maluchy mogą chodzić na basen już od 3 miesiąca życia i niekoniecznie pływają w kołach ratunkowych. Owszem są też takie zajęcia, ale mnie bardziej zainteresowały te, w których maluchy oswajają się z wodą. Ciąża postępowała, a my coraz bardziej byliśmy pewni, że Idalia po narodzinach będzie chodziła na basen. 

Gdy mała się urodziła i Krzysiek został porwany na pępkowe (swoją drogą to pępkowe to zabawna historia, Krzysiek zaginął, wszyscy go szukali... Aż strach puścić człowieka na kawalerski!) w jednym z wielu prezentów zawarty był strój kąpielowy dla małej. Jak się domyślacie, był to pomysł naszego wspólnego przyjaciela, z którym Krzysiek oglądał te filmiki o których pisałam wcześniej i który od początku namawiał nas na zapisanie córki na zajęcia mówiąc, że jak sam będzie miał dzieci, na pewno je zapisze na kurs. Tak więc strój już był, trzeba było tylko znaleźć odpowiednie miejsce. 

Jak to często bywa nasze plany zostały szybko zweryfikowane przez życie. Pierwsze miesiące życia Idalii poznawaliśmy siebie, jej potrzeby i humorki, nie w głowie nam było myślenie o basenie. Jadnak gdy mała skończyła pół roku temat powrócił, rozpoczęłam poszukiwania. W Poznaniu wybór jest dość spory głównie króluje Fregata Swimming, ale jest też Baby Swim. W ofercie Fregaty można wybrać 14-16 zajęć w cenie 490-560 zł za cały kurs. Plusem ich pakietu jest szeroki wybór miejsca w którym odbywają się zajęcia, można wybrać basen Lechicka, basen Daszewice, basen Olimpia, basen Posnania i Termy Maltańskie. Zajęcia Baby Swim odbywają się na oddzielonym od reszty basenów basenie na Olimpii, dzięki temu zajęcia dla maluchów są przeprowadzane w pełnym skupieniu, tak ważnym dla bezpieczeństwa naszych pociech. Kurs kosztuje 390 zł za 13 zajęć trwających 30 minut. Zajęcia w ofercie Fregaty trwają 45 minut. My osobiście wybraliśmy zajęcia w Baby Swim. Byliśmy bardziej za opcją pół godzinnych zajęć, Krzysiek kiedyś trenował na Olimpii i bardzo sobie ją chwalił, kumpel, który trenuje pływanie na tym basenie znał Panie, które prowadzą zajęcia z maluchami i bardzo dobrze o nich mówił, no i nie ukrywajmy cena również zrobiła swoje. Niestety musieliśmy poczekać do grudnia na rozpoczęcie kursu, jednak jak to w macierzyństwie jest- stale uczymy się cierpliwości. 

Im bliżej terminu tym bardziej nachodziły nas wątpliwości. A co jak nam się nie spodoba? A co jak mała będzie płakać? A co jak nie będzie chciała wejść do wody? Lubi się kąpać w wannie, ale wanna to przecież jednak nie basen. Nasz lęk był zrozumiały zwłaszcza, że za semestr płaci się z góry. Zadzwoniłam tam i zapytałam co w przypadku jeżeli nie będziemy zadowoleni z zajęć, a pieniądze z góry będą zapłacone? Uprzejmy Pan zaproponował nam żebyśmy dokonali płatności po pierwszych zajęciach i zobaczyli czy przebieg zajęć nam odpowiada. Uczulił nas także na fakt, że często jak jakieś dziecko się rozpłacze inne zaczynają płakać razem z nim, więc nie radzi się tym zbytnio przejmować. Przyznałam mu rację i podziękowałam za możliwość odbycia "zajęć próbnych". Grudzień zbliżał się nieubłaganie, a my z coraz większą, nieskrywaną ciekawością czekaliśmy na pierwsze próby pływania naszej córki.

Na pierwsze zajęcia poszliśmy w trójkę. Ustaliliśmy między sobą, że będziemy wchodzić z Idą do wody na zmianę, a jak będzie potrzeba w przyszłości pojedzie z nią tylko jedno z nas. Teraz już wiemy, że tylko w skrajnych przypadkach będziemy brali taką ewentualność pod uwagę. W trakcie kiedy jeden z nas przebiera Idalię, drugi szykuje siebie na zajęcia z córką. W przypadku kiedy byłby tam tylko jeden z nas, cały ten proces byłby bardzo utrudniony, dlatego radzimy jeździć na takie zajęcia w trójkę. Wiek dzieci na naszych zajęciach jest różny- od 3 do 9/10 miesięcy, jednak nie stanowi to problemu podczas takich zajęć i oswajania dzieci z wodą. Idalia jest jednym ze starszych dzieci, ale w zupełności nam to nie przeszkadza, bawimy się bardzo dobrze. Tak, my. Bo i dla nas jest to mega zabawa. Idalia jest zachwycona i była już od pierwszych zajęć. Pewnie, czasem zapłacze, czasem jej się coś nie spodoba, ale przecież jest tylko człowiekiem, ma do tego prawo. Co zajęcia uczymy się nowych rzeczy, dzieciaki dostają również zabawki, których mogą używać w trakcie zajęć. Ostatnio nawet zaliczyliśmy pierwsze nurki! Idalia była w szoku, ale nie płakała.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z zajęć. Uważamy, że dorosły człowiek powinien umieć pływać, więc gdy zacznie jako dziecko, w przyszłości będzie mu łatwiej. Gdybyśmy mieli na nowo wybierać szkołę i w ogóle to czy iść z małą na basen, podjęlibyśmy dokładnie taką samą decyzję. No może tylko poszlibyśmy jednak dużo wcześniej ;) Jesteśmy ciekawi każdych kolejnych ćwiczeń i z pewnością będziemy kontynuować zajęcia z nauki pływania w dalszych latach życia Idalii. Kto wie? Może rośnie nam nowa Otylia Jędrzejczak? :) 






Zapraszam na swój instagram- Piegusowelove!

wtorek, 23 stycznia 2018

Pierwszy wielki dzień Idalii- chrzciny!

Pamiętam, że po narodzinach Idalii nie myśleliśmy o chrzcinach. Trzeba było odnaleźć się w nowej sytuacji, złapał mnie okropny baby blues (pisałam Wam o tym TU), nasze życie odwróciło się do góry nogami. Ja pochodzę z wierzącej rodziny, moja babcia nie wyobrażała sobie nieochrzczonej prawnuczki, podobnie mój tata. Ja wierzę, wierzę w Boga, jednak nie wierzę w kościół, w instytucję kościoła, w księży i ich domniemaną misję zbawienia świata. Za to większość Krzyśka rodziny jest niewierząca. Oni niekoniecznie byli za ochrzczeniem naszej córki, mówiąc nam, że powinniśmy dać jej wybór, a my jasno poprosiliśmy jedną i drugą stronę o to, aby dali ten wybór nam, bo to my jesteśmy rodzicami. Po wielu rozmowach postanowiliśmy, że ochrzcimy małą. Trzeba było zająć się organizacją uroczystości. 

Bałam się przeprawy w kościele, bo nie mamy z Krzyśkiem ślubu kościelnego, ba! Żadnego nie mamy, a nasłuchałam się i naczytałam, że księża, a raczej siostry zakonne potrafią z tego tytułu robić jakieś problemy. Znając swoje prawa wybrałam się do naszej parafii aby ustalić szczegóły. Pamiętajcie! Każdy katolik ma prawo do sakramentów i co najważniejsze, sakramenty są DARMOWE. Ksiądz, siostra zakonna czy cała parafia nie ma prawa żądać od Was grosza. Zarówno za chrzest jak i komunię czy ślub. Co łaska? Owszem, ale to faktycznie powinna być "co łaska", czyli taka kwota na jaką Was stać. Gdy siostra zakonna dowiedziała się, że jako rodzice Idalki nie mamy ślubu stwierdziła, że musimy przyjść na pogadankę z proboszczem parafii. Zapytałam wtedy czy proboszcz ma prawo odmówić udzielenia sakramentu mojej córce? Siostra odpowiedziała, że nie, ale na pewno będzie chciał z nami porozmawiać. Zgodziłam się, a że siostra sprawiała wrażenie nieprzychylnej mi osoby, powiedziałam na odchodne "dziecko nie jest niczemu winne. Jest nowym życiem mającym pełne prawo do wstąpienia w społeczność chrześcijańską". Siostra nie zaprzeczyła, a ja tydzień później przyszłam na zaplanowaną pogadankę z księdzem proboszczem.

Ksiądz od razu zapytał dlaczego nie mamy ślubu. Nie lubię tego pytania, nie mamy bo nie mamy i nic innym do tego. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że Krzysiek nie ma bierzmowania. Proboszcz zapytał czy podpiszemy papier na to, że zobowiązujemy się wziąć ślub kościelny po ochrzczeniu dziecka. Jako, że na tą rozmowę poszłam sama, powiedziałam, że nie mogę podjąć takiej decyzji za swojego narzeczonego, więc nie, nie podpiszę. Ksiądz przyjął moją decyzję pytając przy tym czy istnieje jakakolwiek szansa na ślub kościelny, odpowiedziałam, że tak, szansa istnieje zawsze. Rozmowa wbrew pozorom przebiegła w bardzo miłej atmosferze. Została jeszcze sprawa ojca chrzestnego, którym miał zostać mój brat. Jako, że mieszka w Norwegii trudno mu było dostać w kościele zaświadczenie o tym, że nie ma przeciwwskazań żeby został chrzestnym, religia w Norwegii zdominowana jest przez luteranizm i nie mieli zielonego pojęcia o co mu chodzi, gdy po takie zaświadczenie się wybrał. Proboszcz okazał się na tyle w porządku, że zgodził się żeby mój brat został chrzestnym, mówiąc, że na jego korzyść przemawia fakt, że jest singlem i jakoś obejdziemy się bez tego zaświadczenia. Uff, problem z głowy. Ustaliliśmy termin na 25.12, gdyż tata Krzyśka również mieszka w Norwegii i w święta najłatwiej jest ściągnąć jego i mojego brata w jednym czasie. Tym o to sposobem w kościele wszystko mieliśmy zapięte na ostatni guzik (no prawie, bo jeszcze czekała nas katecheza przedchrzcielna) i zostało nam przygotować imprezę. Imprezę, która, o zgrozo, miała się odbyć w naszym domu.

Zaproszenia znalazłam na Allegro, serio. Tu macie link- ZAPROSZENIA. Byłam z nich bardzo zadowolona, jakość świetna, cena, aż chce się powiedzieć- za niska. Szczerze polecam ;) Przygotowałam menu. Postanowiłam, że ugotuję kapustę z grochem, barszcz, pasztet z soczewicy, cukinię po grecku i moją sławetną tartę ze szpinakiem. Mama Krzyśka zaproponowała, że przyniesie bigos wegetariański i carpaccio z buraków. Mój tata natomiast postanowił, że zrobi gęś dla całej "mięsnej" strony rodziny. Oprócz tego babcia zrobiła rybę po grecku, sernik i makiełki. Ja na słodko zrobiłam kuleczki kokosowe i orzechowe, a mama Krzyśka keks i babkę. No mówiąc w skrócie- wałówy było dla całego wojska, a już na pewno dla 23 osób. Oczywiście dania były podzielone na kolację wigilijną i pierwszy dzień świąt, a ja ostatnie dni przed gwiazdką spędzałam w kuchni, jak zapewne większość polaków. 

Sama uroczystość w kościele przebiegła sprawnie. Bałam się tego dnia zwłaszcza, że Idalia dzień przed wigilią załapała okropny kaszel. Jak się później okazało rozwijało się zapalenie oskrzeli. W dzień chrztu była zasmarkanym, churchlającym i trochę z tego powodu marudnym dziubaskiem, ale całą liturgię przespała. Nie obudziło ją nawet polewanie głowy, co mnie bardzo ucieszyło. Idalia weszła w grono chrześcijan. Wiecie, że bierzmowanie nie jest przeszkodą do zawarcia związku małżeńskiego w kościele? Jak się dowiedzieliśmy po ceremonii, Krzysztof nawet nie mógłby teraz przyjąć sakramentu bierzmowania, bo żyje w grzechu. Najpierw musiałby zawrzeć związek małżeński, a dopiero po nim przyjąć sakrament. Zaskoczeni? My również byliśmy :)

Jako, że nadal nie mieliśmy ogrzewania jeden pokój był wyłączony z użytkowania i pomimo naszego dużego metrażu było dość ciasno. Większość imprezy spędziłam w kuchni. Idalia, jako, że chora, większość imprezy chciała być u mnie na rękach, chociaż wszyscy chcieli się z nią bawić. Cieszę się, że zrobiliśmy chrzciny jak miała 9 miesięcy, a nie była mniejsza, bałabym się wtedy, że będzie przebodźcowana, a tak spora ilość osób nie zrobiła na niej większego wrażenia. Ostatni goście wyszli około godziny 20, wszyscy byli najedzeni i uśmiechnięci, więc od razu wiedzieliśmy, że impreza się udała. My natomiast po posprzątaniu całego mieszkania padliśmy jak dłudzy, modląc się by nasza córka dała nam pospać następnego dnia jak najdłużej. Rano napisaliśmy wszystkim gościom smsa z podziękowaniami za przybycie i spędzenie wspólnego, radosnego czasu.

Na sam koniec tekstu mam apel do wszystkich rodziców planujących sakrament chrztu świętego w najbliższym czasie. Pamiętam jak w pewnym momencie imprezy Idalia wyciągała w moją stronę rączki od mojej mamy i przecierała oczy. Był to dla mnie jasny sygnał- bardzo chce spać. Wzięłam ją do osobnego pokoju, zamknęłam się w nim i zaczęłam usypiać, nie zwracając uwagi na gości i gotującą się kapustę. Chrzest jest ich dniem, dzieci. To te dzieci są najważniejsze i najbardziej musimy zadbać o ich komfort psychiczny i fizyczny. Nie możemy zapomnieć o karmieniu, przewijaniu czy drzemce. Goście zrozumieją, a maluch podziękuję nam uśmiechem do końca dnia!
Pierwszą imprezę rodzinną mamy już za sobą, niedługo czeka nas roczek w podobnym składzie (dobrze, że znów przypada na święta :D), a potem ślub. Tam przynajmniej inni będą podawać mi do stołu! ;)




 Zdjęcia robiła moja kuzynka :) 

Zapraszam do dołączenia do nas na instagramie- KLIK i facebooku- KLIK! ;) 

piątek, 12 stycznia 2018

"To co Ty jesz?!"

Ostatnio moja koleżanka ze studiów zapytała mnie jak to się stało, że zostałam wegetarianką. Dwa dni później koleżanka z gimnazjum w odpowiedzi na moje zdjęcie z opisem braku weny zaproponowała, żebym napisała Wam o moim wegetarianizmie, że ona z chęcią by o tym poczytała, więc mimo, że miałam pomysły na posty w innych tematach (tylko zdania coś nie chciały się sklejać), wychodzę na wprost oczekiwaniom i zapraszam do lektury.

Pomysł na to by nie jeść mięsa rodził się w mojej głowie już jakiś czas, ale jakoś nigdy nie brałam takiej ewentualności pod uwagę na serio. Gdy byłam młodsza wiele razy próbowałam zrezygnować z mięsa, jednak zawsze z marnym skutkiem. Z perspektywy czasu wiem, że wtedy była to tylko głupia młodzieńcza zajawka, coś by pokazać, że jest się fajnym i żeby rówieśnicy bardziej Cię szanowali. Głupie, ale każdy w nastoletnim wieku walczy o atencję kolegów. We wrześniu 2015 roku młodzieńczy pomysł stał się faktem, głównie za sprawą Krzyśka. Gdy przestaliśmy jeść mięso wszyscy znajomi byli pewni, że to ja namówiłam jego, w końcu po ochronie środowiska, bardziej skora do tak "szalonych" pomysłów, a było zupełnie odwrotnie.

Moja siostra nie je mięsa od 5 lat, mama Krzyśka od 3, a babcia mojego lubego rekordowe 26 lat. Mając taką niemięsną rodzinę siłą rzeczy człowiek coraz bardziej zaczyna się interesować takim typem diety. Kiedy Krzychu poszedł na badania medycyny pracy, dowiedział się, że ma podwyższony poziom złego cholesterolu we krwi. Nasze rozważania na temat niejedzenia mięsa nabrały rozpędu, wcześniejsze rozmyślania wychodziły powoli na światło dzienne, plany stawały się faktem. Moje studia zaczęły mieć znaczący wpływ na moją decyzję, informacje napływające ze świata dotyczące pompowania kurczaków wodą, karmienia antybiotykami, niehumanitarne zabijanie zwierząt na mięso, to wszystko zaważyło na naszej decyzji. Pewnego wrześniowego dnia Krzysiek po pracy powiedział mi, że jak tylko zjemy mięso, które mieliśmy w lodówce przechodzi na wegetarianizm, a ja mogę (ale nie muszę) razem z nim. Postanowiłam, że również przestanę jeść mięso, ale od teraz, bo albo od razu, albo wcale. Oddaliśmy nasze mięsne jedzenie i od tego dnia warzywa i owoce stanowią podstawę naszej diety. Czy było i jest ciężko? Czasem. Ja generalnie, jak to Krzysiek twierdzi, nigdy nie lubiłam mięsa. Wołowina nie, wieprzowina tylko pod postacią szynek, kurczak- czasem. W sumie to najbardziej żal mi było śmieciowego żarcia, więc ta dieta na dobre mi wyszła :D Z Krzyśkiem było trochę gorzej, ale w sumie też poszło łatwiej niż myślałam. Na początku nie zrezygnowaliśmy z ryb (tak, ryby to też mięso, a głupie przekonanie, że jest inaczej pochodzi z chrześcijaństwa. Nie jedząc mięsa nie jesz zwierząt, a ryby to zdecydowanie istoty żywe), ponieważ chcieliśmy lepiej zapoznać się z dietą na jaką przeszliśmy. Musieliśmy poznać sposoby na uzupełnianie białka i innych składników odżywczych w naszych organizmach, a ryby, jak wszyscy dobrze wiedzą, są bardzo zdrowe. Gdy nasze posiłki stały się bardziej zbilansowane, wtedy ryby również poszły w odstawkę, a potem zaszłam w ciążę...

Nie, nie jadłam mięsa w ciąży. Nie musiałam. Mój lekarz prowadzący ciążę od początku wiedział, że nie jem mięsa, wiedział też, że jak tylko jego zdaniem będę musiała zacząć je jeść ma mi o tym powiedzieć. Przepisał mi odpowiednią suplementację i często miałam robione badania krwi. Do 6 miesiąca pracowałam w miejscu, gdzie obok był bar z jedzeniem. Tłustym jedzeniem. Zapach smażonego mięsa i starego oleju dostawał się mocno do moich nozdrzy. Ledwo wytrzymywałam. Myślę, że jakby kazali mi wtedy zjeść mięso to zwróciłabym je zanim zdążyło by przejść całą drogę do żołądka. Za to jakoś w 8 miesiącu naszła mnie straszna ochota na szynkę. Zjadłam cukinię i mi przeszło. No cóż, ciąża taka jest. Teraz już ponad 9 miesięcy karmię piersią. Na początku naszej drogi mlecznej Idalia mało przybierała na wadze. Czy to jest wina diety wegetariańskiej? Raczej wątpię, bo znam dużo mam, które nie jadły mięsa karmiąc, a ich pociechy nie miały żadnych problemów z wagą. Mój ginekolog nadal nie widział powódek do tego bym zaczęła mięso jeść, za to pediatra Idalii zasugerowała powrót do jedzenia ryb, niezapominanie o nabiale i jajkach. Posłuchałam i ryby jem po dziś dzień. W końcu karmić przestanę, więc i zwierzęta morskie pójdą w odstawkę, jednak teraz zdrowie mojego dziecka jest dla mnie najważniejsze. Czy dzięki powrotowi do ryb Idalia zaczęła ładnie tyć? Raczej wątpię, bo stało się to dopiero gdy zaczęliśmy rozszerzać jej dietę, ale mimo wszystko wierzę, że to moje pewnego rodzaju poświęcenie, dostarcza Idalii niezbędnych składników do prawidłowego rozwoju. 

Koleżanka wspomniana w pierwszym akapicie napisała, że podziwia nasze stałe niejedzenie mięsa. Ja uważam, że nie ma czego podziwiać. Nie traktujemy tego jako żadne poświęcenie, uważamy to za normalne i zdrowe. Nikomu w talerz nie patrzymy i nie lubimy gdy patrzy się w nasz. Idalia mięso dostaje. Nie, nie gotuje jej. Dostaje je w słoiczkach i w obiadach u moich rodziców. Wiem, że z czasem będę musiała ugotować jej tego kurczaka czy kupić szynkę (przy okazji Simbie się skapnie :P). Na razie ratuję się "gerberkami" i nie czuję się z tego powodu gorszą matką. Kiedyś, w przyszłości mała sama zdecyduje czy mięso jej odpowiada czy nie. A jeżeli nie, ja jako matka, będę robiła wszystko by zdrowo się odżywiała, by miała radość z jedzenia. Owa koleżanka zapytała także skąd wiemy, że niczego nam nie brakuję? Że dostarczamy sobie wszystkie niezbędne składniki? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą- nie wiemy. Żeby wiedzieć musielibyśmy przynajmniej raz w miesiącu robić sobie badania krwi (Edit. Krzysiek co jakiś czas oddaje krew, ja się boję. Gdy sprawdzał ten tekst powiedział, że on wie, że wszystko ma w normie :)) Czy Wy to robicie? Dla mnie wyznacznikiem jest nasze samopoczucie zarówno fizyczne, jak i psychiczne, a z nimi u nas wszystko w porządku ;)

Na koniec kilka anegdotek. Znacie ten kawał po czym poznać poznaniaka? Po tym, że sam Wam o tym powie. To samo dotyczy wegetarian :P Kiedy znajomi proponują wyjście do knajpy- "ale pamiętajcie, że ja nie jem mięsa", kiedy mama zaprasza na obiad- "ale będzie coś niemięsnego? bo ja nie jem mięsa", kiedy kelner pyta o zamówienie- "wie Pan, bo ja...."- zawsze i wszędzie. I nawet jeżeli jesteś wegetarianinem i się z tym nie zgadzasz, tym bardziej utwierdzasz mnie w przekonaniu, że tak właśnie jest ;) Pamiętajcie również nigdy nie pytać osoby na diecie bezmięsnej o to co je. Zawsze jak słyszę pytanie "to co Ty jesz?!" milknę na moment i uśmiecham się tępo uważając, że pytanie mojego rozmówcy to żart. Kiedy zauważam, że jednak nie, że on z zaciekawioną miną czeka na odpowiedź, że on tak serio, odpowiadam niemalże zgodnie z prawdą- "gówno". Niemalże zgodnie z prawdą? A no owszem, bo skoro ktoś w diecie widzi tylko mięso, to wszystko inne dla niego to gówno ;)

Dietę wegetariańską polecam całym sercem, jest zdrowa i idzie na niej żyć. Mi na przykład żyje się lepiej :) 

Żródło: http://eatandlove.pl/dlaczego-zaczelam-mordowac-salaty/

Obserwujcie mnie na instagramie! Link- Piegusowelove

środa, 20 grudnia 2017

10 powodów dla których kocham święta!

Święta to magiczny czas. Od zawsze je uwielbiam, wykluczając jakieś dwa lata młodzieńczego buntu, w których nienawidziłam świąt wraz z nienawiścią wszystkich i wszystkiego. Ten jeden jedyny raz w roku bezkarnie możemy się objadać, zakładać na siebie kiczowate sweterki z bałwankami i trzymać żywe drzewo w domu ;) Ten jeden raz w roku na bok odchodzą wszystkie spory i wspólnie radujemy się przy wigilijnym stole. Wszystko nas cieszy, a mnie wyjątkowo cieszy 10 spraw.

1. Dawanie prezentów. Uważam, że ta czynność jest jest przyjemniejsza nawet od ich otrzymywania. Widok radości, blasku w oczach raduje me serce. Po dziś dzień pamiętam jak moja siostra bardzo chciała dostać gitarę. Rodzice mieli w planach kupić jej inny prezent, a ja stwierdziłam, że postaram się gdzieś znaleźć jej wymarzony upominek. Mój zapał został szybko ostudzony poprzez ceny jakie mają nowe gitary. Były one stanowczo za wysokie jak na moją studencką kieszeń. Kiedy już przestałam się łudzić, że kupię wymarzony prezent siostrze, los zesłał mi okazję z nieba. Byłam wtedy u koleżanki zrobić sobie świąteczny manicure i w rogu stała gitara. Napomknęłam, że chciałam taką kupić siostrze, ale nie stać mnie na nią, więc szukam nowego prezentu. Szczęście chciało, że owa koleżanka stwierdziła, że w sumie już nie używa tej gitary i może mi ją sprzedać. Ustaliłyśmy cenę i doszło do transakcji. Prezent ten spakowałam w wielki karton żeby pod choinką nie było widać co znajduje się w pakunku. Gdy Wiktoria rozpakowała prezent rzuciła mi się w ramiona, a łzy szczęścia płynęły jej po policzkach. Był to jeden z piękniejszych widoków w moim życiu, którego nie zapomnę nigdy. I jak tu nie kochać obdarowywania bliskich? 

2. Otrzymywanie prezentów. Skłamałabym pisząc, że nie lubię otrzymywać prezentów. Każdy kto tak mówi- kłamie. Lubię zarówno prezenty niespodzianki (choć kiedyś za nimi nie przepadałam), jak i te o których wiedziałam wcześniej. Lubię tą adrenalinę przy rozrywaniu papieru, lubię potem używać tych prezentów, zakładać nowe ubrania, czytać kolejne książki (chociaż na to ostatnio mam mało czasu). Prezenty są przyjemne zarówno te otrzymane, jak i dawane, co do tego nie ma wątpliwości. 

3. Wspólny czas spędzony z rodziną. W natłoku codziennych zajęć, pracy, w dobie komputerów, internetu i smartfonów dużo bardziej doceniam ten czas w którym mogę z Krzyśkiem wieczorem usiąść i obejrzeć ze spokojem film. Kiedy mogę pójść do mamy i w spokoju zjeść sernik popijając go kawą. Tym bardziej więc doceniam czas w którym wszyscy razem możemy zasiąść do wigilijnego stołu i w spokoju zjeść wspólny posiłek, czas w którym nikt się nigdzie nie spieszy, czas tylko dla nas, dla rodziny, a pamiętajcie, że rodzina jest w życiu najważniejsza. Jak to mówi mój brat- rodziny się nie wybiera, ale gdybym jednak mógł ją wybrać, wybrałbym swoją.

4. Krzysztof chodzi do pracy, ma coraz więcej zleceń muzycznych, chodzi na siłownię, ja opiekuję się Idalią, ogarniam dom, snuję plany na przyszłość. Gdzieś tam rano w przelocie damy sobie buziaka, wieczorem wymienimy spostrzeżenia z danego dnia, ale żeby tak w spokoju usiąść, przytulić się i popatrzeć w oczy czasu nie mamy. Obowiązków jest dużo, każdy z nas ma określoną ilość rzeczy, które musi zrobić danego dnia, w domu nadal mamy remont, Idalia jest coraz bardziej wymagająca. Z utęsknieniem więc czekam na te dni, w których nic nie będę musiała robić. Kiedy nie będzie czekać sterta prania, będzie trzeba pójść na zakupy czy posprzątać łazienkę. Te dni w roku przeznaczone są na odpoczynek, odpoczynek, który każdemu z nas należy się jak psu buda. 

5. Choinka. Bo kto nie lubi mieć drzewa w domu. Lepiej się oddycha, generuje nasz własny tlen i po prostu pięknie wygląda. U mnie w domu choinkę zawsze ubierało się w wigilię rano i zgodnie z tradycją trzymało do trzech króli. W swoich czterech ścianach tę tradycję trochę nagięłam ze względu na sesję zdjęciową w której zależało mi na jej obecności. W domu rodzinnym choinka zawsze miała jeden kolor, u Krzyśka za to, zawsze była kolorowa (zresztą on uwielbia wszystko co kolorowe). Poszliśmy więc na kompromis i może nasza choinka nie ma jednego koloru, ale oprócz tęczowych lampek ograniczyliśmy się do dwóch kolorów- niebieckiego i złotego. Uwielbiam też wyjątkowe bombki. Pamiętam, że od zawsze w domu u rodziców wisi mój szklany konik na biegunach, jeleń mojego bata i baletnica siostry. Na naszej pierwszej rodzinnej choince zawisnął konik, który kupiłam Idalce, a także bombki w kształcie angielskiej budki telefonicznej i big bena, które dostaliśmy od naszych przyjaciół. Kolekcjonowanie więc sentymentalnych bombek czas rozpocząć, by nasza choinka co roku była coraz bardziej wyjątkowa. 

6. Oświetlone miasto. Mówcie co chcecie, ale ja lubię lampki na latarniach, choinki w sklepach, czy czapki mikołaja na głowach ekspedientów. I wcale nie przeszkadza mi fakt, że to wszystko pojawia się już po drugiego listopada. Lubię to i na pewno nie odbiera mi to magii świąt w grudniu. Poznań w tym roku na prawdę stanął na wysokości zadania i nasze ozdoby są magiczne. Stary rynek świeci jaśniej od gwiazdy betlejemskiej, a widok z "Poznań eye" zachwyca nasze serca i oczy. Dla mnie miasta mogłyby tak wyglądać cały rok... może latem światełka w kształcie kwiatków? ;)

7. Niby zimno, niby każdy narzeka, grube kurtki wkurzają, zimowe buty uwierają, ale na śnieg w wigilię każdy czeka. Ja też. No bo skoro już ma być zimno to niech do tego będzie biało, prawda? Ja to w pełni rozumiem i tak jak Wy codziennie obczajam prognozy pogody na nadchodzący weekend. Życzę więc sobie i Wam białych świąt!

8. Święta Bożego Narodzenia to czas w którym bezkarnie możemy zjeść dowolną ilość ciastków, serników i pierników. To dni w które zwykła sałatka z majonezem smakuje lepiej niż w inny dni, dni w które owa sałatka jest mniej kaloryczna. W ogóle jedzenie smakuje jakoś lepiej nie? Czy tylko ja tak mam? Pamiętam jak co roku na wigilijny obiad moja mama kazała nam jeść mięso z głowy karpia, co miało zwiastować mądrość na cały nadchodzący nowy rok. Chyba nie muszę pisać, że nie jest to moja ulubiona rodzinna tradycja i na pewno nie będę odtwarzać jej w swoim domu ;) Mam nadzieję, że Idalia będzie mądrą dziewczynką i bez tego :) A Wy macie jakieś smakowite (lub nie) domowe tradycje? Piszcie w komentarzach!

9. Lubię kiedy w domu unosi się zapach pierników, choinki i mandarynek (apropo ich, w ciąży potrafiłam zjeść nawet 2 kg wieczorami, w tym roku jakoś tak mnie do nich nie ciągnie, myślicie, że to z przejedzenia?) Jest to wyjątkowy zapach zarezerwowany tylko na te dni. Jak byłam mała, jakoś na początku grudnia tato zawoził mnie do babci na wspólne pieczenie pierników z kuzynkami. Zapach tych świątecznych ciastek unosił się w mieszkaniu aż do samych świąt, a nawet trochę dłużej. U siebie w domu lubię wieczorami odpalić olejki eteryczne o zapachu sosny lub pomarańczy, aby uwydatnić świąteczny, magiczny zapach.

10. Świąteczne filmy/ reklamy. "Kevin sam w domu" to już światowy klasyk, oglądamy go tylko w okresie świątecznym (jakoś nie wyobrażam sobie włączyć ten film w wakacje, a Wy?). Poza nim lubię oglądać świąteczne bajki takie jak ekspress polarny. Moim faworytem natomiast jest film pt. "to właśnie miłość". Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji go zobaczyć, gorąco polecam! Poza filmami, świąteczne reklamy również mają swój magiczny klimat. Pamiętacie zeszłoroczną reklamę allegro? Każdy chyba się na niej wzruszył. W tym roku do moich faworytów należą reklamy sieci sklepów carrefour, bo gwiazdor ma rację- grzybowa? Tylko z łazankami ;)

W tym roku święta są dla nas bardziej wyjątkowe od wszystkich, które już mamy za sobą. Będą to pierwsze święta z naszą córeczką. Postanowiliśmy więc uwiecznić ten cudowny czas na zdjęciach i zrobiliśmy sobie świąteczną sesję zdjęciową. Poniżej przedstawiam Wam efekty :)











"Grinch, świąt nie będzie" <3 







Zdjęcia wykonała przewspaniała MiaStammPhotography <3

Życzę Wam wszystkim, moi drodzy czytelnicy wesołych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w rodzinnym gronie. Żeby uśmiech nie schodził Wam z twarzy, świąteczne jedzenie poszło w co tam chcecie ;), a gwiazdor/mikołaj był wyjątkowo hojny. W Nowym Roku samych sukcesów, zdrowia i pogody ducha! 

Ps. Będzie mi niezmiernie miło jak dacie "lajka" na moim fanpage PiegusoweLove :*

czwartek, 7 grudnia 2017

Żyjemy w kraju absurdów

Wiecie, że żeby założyć w domu ogrzewanie trzeba mieć na to zgodę z urzędu miasta, na którą można czekać nawet dwa miesiące? Ja jak się o tym dowiedziałam, przestałam się dziwić ludziom, którzy grzeją w domu śmieciami i wszystkim co im w ręce wpadnie, jest im po prostu zimno i chcą ogrzać siebie i własną rodzinę. Mają w dupie smog i sama też bym go w tym momencie miała, ale od początku.

Przeprowadziliśmy się z Krzychem z Warszawy do mieszkania, w którym musimy zrobić remont w ramach pewnego bezczynszowego okresu. W ramach remontu musieliśmy na swój koszt założyć ogrzewanie, najlepiej gazowe, zakładane przez fachowca, który jest zatrudniany przez administrację. Oczywiście przewertowaliśmy internet wzdłuż i wszerz, spotykaliśmy się z przedstawicielami różnych firm grzewczych, ale faktycznie ogrzewanie gazowe okazało się być najtańsze zarówno w montażu jak i w eksploatacji. Także wzięliśmy tego fachowca z administracji (nazwijmy go Z), który miał nam założyć kaloryfery, piec i całą resztę. Muszę nadmienić, że na tą formę ogrzewania zdecydowaliśmy się już w lipcu, więc czasu na montaż i załatwienie całej papierologii mieliśmy od groma i trochę. Jak to więc jest, że mamy grudzień, a my nadal grzejemy się farelką?

Pod koniec września br. do domu wbiła nam się ekipa remontowa (nie, że z buta, wiedzieliśmy o tym wcześniej, aczkolwiek od lipca do września, a nawet prawie października, minęło sporo czasu prawda?) i zaczęli zakładać ogrzewanie, jak się później okazało, bez posiadania projektu. Czaicie bazę? Pan Z. wszedł sobie do naszego mieszkania i powiedział, że w tym pomieszczeniu będą dwa kaloryfery, w tym trzy itd. Możecie powiedzieć, że mogliśmy się zainteresować czy owy projekt został stworzony i złożony do urzędu. nie zainteresowaliśmy się, fakt, ale nie przypuszczaliśmy nawet, że można zacząć coś działać bez niego. W tej oto sytuacji mamy w domu założone kaloryfery i piec, a nie możemy ich włączyć. Bosko, prawda?

Po przeprowadzaniu całego zabiegu montażowego dostaliśmy informację, że niedługo odezwie się do nas Pan z administracji (nazwijmy go M) i przekaże nam stosowne dokumenty, które jako lokatorzy mieszkania, będziemy musieli zanieść do urzędu miasta w celu uzyskania zgody na założenie ogrzewania. Serio kurwa? Zgody? To dlaczego je mamy, skoro nie mamy zgody? Możecie nazwać nas głupcami, ale dla osób, które nigdy nie musiały się czymś takim zajmować cała ta sytuacja wydała się dziwna, absurdalna, a wręcz śmieszna. Owe dokumenty dostaliśmy dopiero w połowie października (tak, administracja ma czas), a jak się później okazało, bez wzorów do ich wypełnienia. Kolejny tydzień czekania, aż w końcu Krzysiek ruszył do urzędu miasta niczym żołnierz na wojnę. A na wojnie, jak to na wojnie, nie wszystko poszło po naszej myśli. Okazało się, że na zgodę możemy czekać do dwóch miesięcy. Rozumiecie to? DWA MIESIĄCE. Kalkulacja była prosta. Dokumenty zanieśliśmy pod koniec października także ogrzewanie może być włączone dopiero pod koniec grudnia, choć zapewniali nas, że często jest szybciej. Zapewnienia zapewnianiami, a rzeczywistość rzeczywistością.

W tym czasie w domu zaczęły pojawiać się szkody związane z brakiem ciepła. W niektórych miejscach zaczęła się pojawiać niechciana pleśń, panele zaczęły się odkształcać od wilgoci. A zgody jak nie było tak nie ma. Po jakichś dwóch tygodniach dostaliśmy pismo, że brakuje w urzędzie dokumentów m.in. zgody właścicielki lokalu. Na dostarczenie ich mieliśmy 14 dni, ale nie odkryję Ameryki pisząc, że chcieliśmy to zrobić jak najszybciej, bo brak dokumentów oznacza, że nasza sprawa nie rusza dalej. Zgodę od właścicielki donieśliśmy i dostaliśmy wtedy numer telefonu do Pana z urzędu, który zajmuje się sprawą naszego lokalu. Po dwóch dniach od tej sytuacji Krzysiek zadzwonił do niego i dowiedział się, że oprócz owej zgody od nas, administracja nie wysłała nic więcej (choć o braku pewnych dokumentów została poinformowana). Musielibyście widzieć moje wkurzenie. Zadzwoniłam do Pana M, a on jak tylko usłyszał moje nazwisko i adres zamieszkania powiedział, że nie może rozmawiać teraz i że prosi o telefon za godzinę. Powiedziałam, że zadzwonię, bo jest mi kurwa zimno. Szczęście dla niego, że przy drugim telefonie Idalia na mnie spała, więc rozmawiałam w miarę spokojnie, żeby jej nie zbudzić. Coś tam załatwiłam....

Był to piątek, Krzysiek umówił się na 9 rano w poniedziałek z Panem z urzędu, a ja powiedziałam Panu M z administracji, że tego dnia w urzędzie ma się również pojawić projektant. Miałam dość stanowczy ton, więc gościu nie polemizował. No bo w końcu ile można żyć grzejąc się jedną farelką? Ile można żyć śpiąc w trójkę w salonie na kanapie, bo w sypialni wilgoć nie pozwala się wyspać. Mamy dość, a prąd w przyszłym miesiącu chyba puści nas z torbami. 

Projektant oczywiście dotarł we wtorek (zdziwiłabym się jakby był w terminie na który się umawialiśmy), a my dostaliśmy informację, że w ciągu 5 dni ma być decyzja odnośnie zgody. Potem tylko już jedziemy do gazowni, wymieniają nam licznik i uruchamiają piec. Trzymajcie za nas kciuki, może nie zamarzniemy, a jeżeli tak, będziemy mieli świadomość, że walczyliśmy. Dobrze, że się kochamy, może ciepło naszych serc ogrzeje nasze zmarznięte kości. Mamy 7 grudnia. Ogrzewania nie ma, bo otaczają nas idioci.

Zapraszam na swój instagram PIEGUSOWELOVE ;)

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Śpiąca królewna

Znalazłam patent na ostre zdjęcia! Idalia musi spać! Łapcie słodką śpiącą królewnę ;)















Świąteczny dresik- Spells little fashion (KLIK)
Opaska- Spells little fashion (KLIK)
Pierniki- Wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy
Smoczek- Avent
Katalog- FM WORLD (KATALOG DO POBRANIA)- Zapraszam do składania zamówień w komentarzach :)