poniedziałek, 11 czerwca 2018

Pierwszy tego typu post! Spray do ściągania plastrów Akutol

Jeszcze w takiej formie mnie tu nie było, ale co tam, warto próbować nowych rzeczy, prawda? Dziś troszeczkę do Was pogadam, mam do polecenia genialny spray do ściągania plastrów firmy Akutol :)
Zachęcam do oglądania i bez odbioru! :)


Więcej informacji znajdziecie na www.akutol.com.pl
Spis miejsc gdzie można kupić spray Akutol GDZIE KUPIĆ?
Muzyka pod filmikiem Krzychoo.

poniedziałek, 28 maja 2018

Latać z dzieckiem czy nie latać? Oczywiście, że latać!

Parę tygodni temu mieliśmy okazję pierwszy raz lecieć z Idalią samolotem. Pierwszy raz my same, a kolejny raz całą trójką. Nie powiem, że się nie bałam, a sytuacji nie polepszał fakt, że małą męczył katar spowodowany wybijającymi się górnymi ząbkami. Wszyscy w okół straszyli, że lot z katarem to katorga, że będzie mi całą drogę płakać, że to będzie ją bolało, że mam się przygotować na najgorsze. Słysząc takie opinie trudno jest pozytywnie myśleć i choć ciężko było starałam się z całych sił. A jak było naprawdę? Jakie są realia podróżowania samolotem z dzieckiem? Jaki jest koszt i czy da się to przetrwać? Tego wszystkiego dowiecie się z dzisiejszego postu.

W dniu wyjazdu zaczęłam się już pakować z samego rana. Przy małym, biegającym wszędzie dziecku warto nie zostawiać pakowania na ostatnią chwilę. Idalia wszystko co zapakowałam wyciągała z walizki, w między czasie były dwa karmienia, 4 razy trzeba było ją przewinąć, ogarnąć dwie drzemki i pobawić się klockami, także często jest się wyrywanym od czynności, którą powinniśmy wykonywać skrupulatnie i sumiennie żeby niczego nie zapomnieć. Pozostając przy bagażu dam Wam jedną radę- podróżując z dzieckiem, mając wybór między 20 kg bagażem, a 32 kg, wybierzcie ten większy. My wybraliśmy 20 kg, mamy dość sporą walizkę, więc stwierdziliśmy, że spoko, tyle wystarczy, w końcu muszę zabrać prawie TYLKO ubrania i to te letnie, lajt. Po zapakowaniu rzeczy mojej córki okazało się, że nasz bagaż waży już 16 kg! Matko Bosko! Podróżowaliśmy liniami WizzAir i jednym z udogodnień podróży tymi liniami z małym dzieckiem jest 10 kg bagaż podręczny. Nawet nie wiecie jak się nagimnastykowałam przekładając rzeczy z walizki do torby i z torby do walizki, a uratował mnie fakt, że ten 10 kg bagaż również mogłam włożyć do luku bagażowego (wyobraźcie sobie mnie z małym dzieckiem, wózkiem, plecakiem i torbą 10 kg... dramat!) i zapakować do niego kosmetyki. W finalnym efekcie mój główny bagaż miał 20,4 kg, a podręczny 9,6 kg, udało się! Po paru godzinach pakowania wykąpałam i uśpiłam córkę i czekałam aż mój tata przyjdzie po nas i ruszymy w trasę.

Lot niestety mieliśmy z Warszawy o godzinie 6.25 rano. Pamiętam, że na początku bardzo klęłam na tą godzinę, ale teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że podróżowaliśmy z małą w nocy. O 23 znieśliśmy torby do samochodu, a następnie na śpiocha przeniosłam Idalię. Nie była zadowolona z  zaistniałej sytuacji, a ja jej się wcale nie dziwię, w końcu z pozycji leżącej musiała przejść do półleżącej. Przebudziła się, jednak samochód ruszył i zasnęła ponownie. Dalsza podróż przebiegła bez większych komplikacji, nawet mi udało się zamknąć oczy na dwie godziny i był to jedyny sen dany mi tej nocy ;) Dojechaliśmy około 3.30 na lotnisko czyli mieliśmy spory zapas czasu na nadanie bagażu głównego i odprawę. Pech chciał, że Idalia obudziła się na mleko w momencie zatrzymania się na parkingu. Nie czując już wibracji jeżdżącego samochodu zaczęła się interesować tym gdzie jest i po co znajduje się w tym miejscu, więc po wypiciu nocnej porcji nie była zainteresowana dalszym spaniem i nie zasnęła. Mieliśmy jeszcze chwilę do odprawy bagażowej, więc poszłam z tatą po dobrą kawę (co dalej miało dość marny skutek, ale o tym później). W tym czasie zrobiła się dość spora kolejka do oddania bagaży, ale całe szczęście szybko się przemieszczała (odwrotnie do drogi powrotnej, ale o tym w osobnym poście). W tym momencie mojego wpisu chciałabym zwrócić uwagę na ważne informacje dotyczące podróżowania liniami WizzAir, idą wakacje może komuś się przydadzą:

1. Dzieci nie podróżują za darmo. Za bilet dla Idalii zapłaciliśmy 119 zł, za mój 149 zł. Zapewne myślicie sobie teraz, że to zdzierstwo, w końcu dziecko leci na kolanach, ale jest masa udogodnień, która przysługuje podróżującym z dziećmi i to bardziej opłata za nie, niż za dziecko;

2. Nie miałam żadnych problemów związanych z oddaniem bagażu podręcznego do luku, wręcz odniosłam wrażenie, że było im to na rękę;

3. Pani zapytała nas czy mamy jedno czy dwu częściowy wózek, żeby wiedzieć ile dać nam tasiemek. Szczerze mnie to zaskoczyło, byłam pewna, że dwie części z góry są na straconej pozycji i nie można z takimi wózkami latać, a tu takie miłe zaskoczenie (teraz, na chłopski rozum biorąc całą sytuację uważam, że moje myślenie było głupie, przecież niemowlaki jeżdżą w gondoli). Zapytano mnie również czy chce wózek już teraz dać do luku bagażowego czy dopiero przy samym samolocie. Po odprawie miałam niecny plan uśpić Idalię, więc wybrałam opcje drugą, ale dobrze wiedzieć, że ma się wybór;

4. Podróżując z małym dzieckiem możesz mieć przy sobie dowolną ilość płynu. No może nie do końca, bo 2 litrowa pepsi pewnie by nie przeszła, ale na 1,5 litrową wodę w butelce + gorącą wodę w termosie nikt nic nie mówił.

Po oddaniu bagażu musiałam już rozstać się z moim tatą, który do tej pory mi bardzo pomagał i dalej już radzić sobie sama. Wszystkie butelki z wodą, termos, słoiczki przy odprawie muszą być włożone do osobnych pudełek, które poddane są prześwietleniu. Muszę przyznać, że mając małe dziecko na rękach przygotowanie wszystkiego jest bardzo czasochłonne i dość trudne. Oprócz płynów, musiałam także standardowo osobno wyłożyć sprzęt elektroniczny i pozbyć się wszystkim metalowych rzeczy z odzienia. Najbardziej upierdliwy jednak okazał się fakt, że wózek również musi być położony na taśmę. Dzięki pomocy uprzejmego Pana, który pomógł mi go złożyć jakoś podołałam temu zadaniu i mogłam przejść z Idalią przez bramkę. Po drugiej stronie jednak czekało mnie pakowanie tego wszystkiego, a sytuacji nie poprawiał fakt, że Idalia stała się bardzo marudna z powodu zmęczenia. Głucha na jej sprzeciw włożyłam ją do wózka i sprawnie zapakowałam swoje rzeczy do siatki i plecaczka. Uff, udało się, była 5 rano, pozostało tylko uśpić małą i czekać na lot.

Uśpienie małej jednak okazało się trochę cięższe niż myślałam i po przewinięciu jej naprawdę sporo się namęczyłam żeby córka zamknęła oczy na dłużej niż 3 sekundy. Tyle się w okół działo, nocne przebudzenie, dezorientacja, to wszystko nie sprzyjało śpiącej aurze. Dodatkowo nasza córka jest specyficznym przypadkiem dziecka, które nie lubi spać w wózku, a w trakcie spaceru bardziej prawdopodobnym jest fakt, że nie będzie spała całą noc niż, że zaśnie chociaż na pół godziny. Dysponując zatem tylko wózkiem i brakiem możliwości przytulenia się do mamy, trochę mi zajęło jej uśpienie, a chloroform na pokład samolotu trudno przemycić :D Gdy jednak zasnęła zorientowałam się, że jest już przed 6 i że zaraz będziemy wchodzić na pokład, co będzie się równało z wyciągnięciem Idalii i wielce prawdopodobną pobudką. Genialnie. Zanim jednak to nastąpiło, postanowiłam przygotować mleko w butelce, słusznie stwierdzając, że łatwiej będzie to mleko po prostu podać na pokładzie samolotu od robienia i podania z dzieckiem na rękach. 

Gdy zaczęła się odprawa Pani z obsługi poprosiła mnie na przód kolejki. I tu pojawia się kolejny przywilej i fakt do zapamiętania. Podróżując z małym dzieckiem masz pierwszeństwo wejścia na pokład, bez obowiązku opłaty za nie. Idalia mogła spać w wózku aż do samego podejścia pod samolot, gdzie poproszono mnie po prostu o złożenie wózka i pozostawienie go pod samolotem. Zaskoczę Was jeżeli napiszę, że Ida się nie obudziła w trakcie wchodzenia na pokład? Mnie osobiście to zaskoczyło bardzo, ale skłamałabym pisząc, że negatywnie. Od obsługi dostałam przedłużkę pasu bezpieczeństwa, którym zapinałam małą. Miałam z nim lekki problem, ale przemiła stewardessa pomogła mi nas zapiąć. Mała nadal spała. Wszystko układało się świetnie do momentu gdy po starcie samolotu z przykrością stwierdziłam, że bardzo pilnie muszę do toalety. Ah ta kawa. To był błąd wypić dwie przed samym startem :D No, ale cóż, człowiek uczy się na własnych błędach. Nie wytrzymałam, musiałam iść. Więc z Idą na rękach, śpiącą przodem do mnie poszłam do tej malutkiej toalety (zaskoczyłam się widząc w niej przewijak! Ogromny plus!) i udało mi się załatwić potrzebę nie budząc dziecka. Szok i niedowierzanie. Idalia obudziła się na ostatnie 15 minut lotu, które wypełniłam jej karmieniem. No więc nie taki diabeł straszny jak go malowali ;) Zero ryku, bólu i problemów- złote dziecko.

Po pożegnaniu się z załogą z radością odkryłam, że nasz wózek czeka pod samolotem, dzięki czemu nie musiałam nieść Idalki, aż do budynku, a przyznam, że trochę do przejścia miałyśmy :) Potem grzecznie poczekałyśmy na naszą 20 kilogramową walizkę i 10 kilogramową torbę, a ja z przerażeniem uświadomiłam sobie, że muszę to wszystko dotachać do wyjścia! No więc co? Torba na walizę, wózek w jedną rękę, a walizka w drugą i jazda. Dałam radę! Przeszłyśmy przez drzwi za którymi czekał już na nas Krzysiek i wiecie co? Warto było przelecieć tyle kilometrów żeby zobaczyć uśmiech Idalii na widok swojego taty. Moment do zapamiętania na zawsze....

Jak więc widzicie nie taka podróż z dzieckiem straszna, jak się mówi. Szczerze mówiąc więcej przebojów mieliśmy w trójkę w drodze powrotnej (ale o tym w kolejnych wpisach). Mam nadzieję, że zawarłam w tym wpisie pare istotnych dla Was informacji, a podróż samolotem na wymarzone wakacje nie będzie przeszkodą :) 



Jesteście z nami na facebooku? Nie? To zapraszam! FANPAGE!

poniedziałek, 14 maja 2018

Rok z życia dziecka

Rok życia z małym dzieckiem był jazdą bez trzymanki. Zleciał jak z procy strzelił, był przepełniony radością i miłością, ale też łzami i nerwami. Nic nie było take jak sobie myślałam będąc w ciąży. Do bycia rodzicem nie idzie się przygotować, nie pomogą (choć mogą ułatwić) żadne poradniki, rady dobrych cioć czy wcześniejsze partnerskie ustalenia. Każde dziecko jest inne, każde jest indywidualnością mającą swój charakter kształtujący się każdego dnia. Nam trafiło się bardzo ruchliwe, charakterne i nad wyraz uśmiechnięte dziecko przy którym trzeba mieć oczy dookoła głowy cały dzień. Od urodzenia kolejne dni przynosiły nowe wyzwania, miesiąc za miesiącem Idalia stawała się coraz bardziej dorosła, przypominając nam codziennie wieczorem, tuląc się i zasypiając, że wciąż jeszcze jest małym bobasem. To wspaniałe móc widzieć każdego dnia jak się rozwija, jak wkracza w świat pełen niebezpieczeństw wiedząc, że mama i tata zawsze pomogą przejść przez trudy dnia (np. zejść z podestu na który się wlazło i potem się jęczy, bo zejść już się nie umie). Jestem dumna, że mogę być jej mamą i mam nadzieję, że ona kiedyś będzie dumna z tego, że ma taką mamę. A jak wyglądał nasz miniony rok? Zacznijmy przegląd!

Pierwszy miesiąc był dla mnie bardzo ciężkim czasem. Z rozpaczą odkryłam, że to do czego przygotowywałam się całe 9 miesięcy nie jest takim jakie sobie zaplanowałam. Myślałam, że po narodzinach będzie przepełniał mnie bezkres miłości, że moje małe bobo będzie okazywać mi miłość w każdym spojrzeniu, że ta miłość będzie wręcz rozsadzać mnie od środka. Idalia nie była zaplanowanym dzieckiem, jednocześnie nie była też wpadką, więc od momentu pojawienia się dwóch kresek na teście ciążowym czekaliśmy na nią z radością i uśmiechem na twarzach. Od pierwszych chwil w dwupaku kochałam moją małą fasolkę i mogę śmiało stwierdzić, że była bardzo wyczekanym dzieckiem. Co się więc stało po porodzie? Zderzyłam się z rzeczywistością. Bo to wcale nie było tak, że przepełniła mnie miłość, wcale nie widziałam tego jej bezkresu w oczach własnego dziecka i choć na pozór wyglądałam na idealną matkę, z idealnym dzieckiem, tak we mnie aż się gotowało. Dotarł do mnie fakt, że całe moje życie się zmieni, ba! ja wtedy z każdym kolejnym nocnym uspokajaniem myślałam że moje życie właśnie się skończyło. Jakiś czas nie dawałam tego po sobie poznać, aż w końcu pękłam i postanowiłam się wygadać swojej drugiej połówce. Z biegiem czasu wiem jak ważna była ta rozmowa, gdybym wcześniej się na nią zdecydowała, może ten okropny baby blues (KLIK) poszedłby sobie szybciej. Dodatkowo doszły problemy z karmieniem piersią (KLIK) i wyrzuty sumienia. No bo jak mogło mi się wydawać, że nie kocham własnego dziecka? No bo jak mogę myśleć, że żałuję, że ją mam? Jak jako matka mogę nie dawać rady jej wykarmić? Nakręcałam się i nakręcałam i kołowrotek się toczył. Nie czułam tego co czuć powinnam, więc nazywałam się złą matką. Jak mogłam czuć inaczej skoro po 5 godzinach uspokajania maludy przychodził Krzysiek z pracy i mała spała już po 5 minutach? Teraz już wiem, że dzieci czują zły nastrój i nastawienie rodzica (zresztą do teraz tak jest), teraz wiem, że baby blues jest spowodowany spadkiem hormonów i dotyka bardzo wielu kobiet. Wiem także, że miłości do własnego dziecka trzeba się nauczyć tak jak uczy się go świata i własnych emocji. Dodatkowo w pierwszym miesiącu Idalia miała swoją pierwszą sesję zdjęciową w trakcie której spisała się idealnie i spędziła z nami swoje pierwsze święta Wielkanocne, większość czasu przesypiając przytulona do piersi mamy.

W drugim miesiącu przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkanka, po 3 miesiącach życia na kartonach u moich rodziców. Idalia więc w końcu zamieszkała w swoim pierwszym domku! Pojechaliśmy na pierwszą dużą imprezę rodzinną- 80 urodziny prababci Idalki i przyjęliśmy pierwszych gości w majówkę. Do dziś pamiętam słowa naszej serdecznej przyjaciółki "jestem pełna podziwu tego jak spokojnie się zachowujecie gdy Idalka płacze, jak dajecie sobie radę z nią, ja przez pierwsze miesiące życia mojej córki totalnie nie mogłam się ogarnąć", powiedziałam jej wtedy "kochana, gdybyście tylko przyjechali z dwa tygodnie wcześniej...." :)

W trzecim miesiącu wiele się działo, radosnych rzeczy i tych mniej przyjemnych. Idalia pierwszy raz wyszła na spacer sam na sam z tatą, bo mama organizowała przyjęcie urodzinowe cioci Wiktorii (KLIK) (z tego co wiem był tata i jego koledzy, więc Ida była jedyną kobietą w towarzystwie- dobrze miała co? ;)). W tym miesiącu zaliczyliśmy też wesele i może nie bawiliśmy się do białego rana, ale i tak było cudownie (KLIK). Fakt, mała większość czasu przespała, ale mimo wszystko wzbudzała niemal tak samo duże zainteresowanie co para młoda ;) Niestety.. Parę dni później wylądowaliśmy w szpitalu po nieszczęsnym wypadku... Możecie o nim przeczytać TUTAJ... Jest to bardzo emocjonalny tekst, dziś gdy do niego wracam nadal mam łzy w oczach, ale już sobie wybaczyłam... Popełniłam błąd, ale jestem tylko człowiekiem i cieszę się, że ta historia zakończyła się tak jak się zakończyła, a Idalka jest zdrową, dobrze rozwijającą się dziewczynką.

W czwartym miesiącu udałyśmy się z moimi rodzicami w pierwszą daleką podróż- nad morze. Do dziś pamiętam minę Idalii jak zobaczyła ten ogrom wody w jednym miejscu! Podróż przebiegła wręcz idealnie, a i sam pobyt był bardzo udany. Często się mówi, że takie maluchy nie potrafią się zaadaptować w nowym miejscu, nie mogą zasnąć czy są nerwowe. U Idy nie zauważyłam żadnego z tych objawów, ważne, że była mama i jej mleko ;) W tym miesiącu też udaliśmy się do Wrocławia do zoo (KLIK). Tą wycieczkę musimy w najbliższym czasie powtórzyć, bo jestem pewna, że afrykarium zrobi na Idalce 1000kroć razy większe wrażenie niż wtedy- mała kocha zwierzęta!

W piątym miesiącu Idalia dostała swój pierwszy dorosły posiłek. Tak, znam zalecenia WHO, że dzieci karmione piersią powinny mieć rozszerzaną dietę po 6 miesiącu życia, także możecie sobie darować takie komentarze. Nasza decyzja o rozszerzaniu diety wcześniej nie była konsultowana z pediatrą. Mała od początku miała problemy z wagą, zawsze była na 3 centylu, albo nawet poniżej (raz udało jej się wskoczyć między 3, a 10) i chyba już od 3 miesiąca pożerała nasze jedzenie wzrokiem. Zdecydowaliśmy, że może stałe posiłki (podawane jako dodatek między karmieniami mlekiem) pozwolą jej trochę przybrać na masie. I... udało się! Mała wskoczyła na 10 centyl, a pediatra pochwaliła naszą rodzicielską decyzję. Dziś mimo ciągłego podjadania różnych pyszności Idalia nadal jest malutka i drobniutka, ale cóż.... nie ma po kim być wielka ;)

W szóstym miesiącu pojechaliśmy na nasze pierwsze rodzinne wakacje! (KLIK) Wybraliśmy miejsce ustronne i przytulne aczkolwiek nie oklepane- Piaseczno (nie to obok Warszawy :P). Pomimo, że pogoda nie dopisywała, wykorzystaliśmy nasz wspólny czas najlepiej jak się dało. Dużo chodziliśmy, zachwycaliśmy się przyroda, odetchnęliśmy świeżym powietrzem, wypoczęliśmy. Idalia na tym wyjeździe była istnym aniołkiem, a strach przed pierwszymi wakacjami z niemowlakiem miał po prostu wielkie oczy. Oczywiście podróżowanie z dzieckiem znacznie różni się od podróży w dwójkę, ale ten wątek pozostawię sobie na odrębny wpis ;)

Siódmy miesiąc nie wyróżnił się niczym nadzwyczajnym, oprócz tego, że Idalia cały czas była słodka, urocza i uśmiechnięta ;) Za to w ósmym miesiącu zaczął się armagedon. Ząbki. Idalce dziąsła zaczęły się rozpulchniać bardzo szybko, bo już w czwartym miesiącu, jednak prawdziwe ząbkowanie rozpoczęło się dopiero teraz i niestety to łatwych nie należało... Cierpieliśmy, wszyscy cierpieliśmy i odetchnęliśmy z ulgą, gdy pierwsza biała kreska pojawiła się na dolnym dziąśle. Zaraz za nią obok pojawiła się druga i wszystkie dolegliwości odeszły jak z bicza strzelił. Oprócz tego mała zaczęła siadać..i raczkować... i zaraz potem wstawać trzymając się czegoś. Tak zdecydowanie to był przełomowy miesiąc w nowo zdobytych umiejętnościach, a jak już się zaczęło to i rozpędziło się dalej jak tornado!

W dziewiątym miesiącu zafundowaliśmy córce moc wrażeń, a właściwie grudzień zafundował. Pierwsza gwiazdka! Magiczny wieczór, rodzinny czas, świecące drzewko i duuuużoooo papieru na podłodze, który można było rwać na kawałki. Co tam prezenty! Papier to było zdecydowanie coś. Idalia przeżyła też swoją drugą sesję zdjęciową, tym razem- rodzinną. Pamiętacie ją? Uwielbiam wracać do tych zdjęć (KLIK). W pierwszy dzień świąt Idalia obchodziła swoją pierwszą ważną uroczystość- chrzest święty! (KLIK) Niestety w tym czasie zmagaliśmy się też z zapaleniem oskrzeli, jednak nie zepsuło to humoru córce w tak ważnym dla niej dniu. Zaraz po rodzinnej gwiazdce przyszedł czas na sylwester. To był pierwszy dzień życia Idalki, w którym pozwoliliśmy jej pójść spać kiedy będzie chciała. Padła o 22 :D Oczywiście fajerwerki o północy ją obudziły i razem ze mną oglądała je przez okno, ale pół godziny później udało mi się ją z powrotem uśpić i bawić się dalej w gronie najbliższych mi osób. 13 grudnia rozpoczęliśmy naszą przygodę z basenem (opisywałam Wam ją TU), która trwa po dziś dzień i jesteśmy pewni, że będzie trwać jeszcze długi okres czasu. Tak, zdecydowanie grudzień był miesiącem pełnym wrażeń dla małej i nowości dla jej rodziców :)

Na gwiazdkę Idalia dostała pchacz od dziadków, który zdecydowanie ułatwił jej stawianie pierwszych kroków, a postawiła je już w styczniu czyli w dziesiątym miesiącu swojego życia. Powiedziała też swoje pierwsze słowo! Ku uciesze Krzyśka było to tata, ja na swoje mama musiałam poczekać jeszcze 3 miesiące :) Teraz za to "mamamamamama" jest grane cały czas... ;)

No i ruszyła! Pchacz przestał być już potrzebny! W jedenastym miesiącu nasza córeczka zaczęła samodzielnie chodzić. Nadal dość niepewnie, przeszkody najlepiej pokonywało się ze wsparciem rodziców, ale na prostej drodze rodzice byli niepotrzebni, a wręcz zbędni ;)

Stało się. Mój mały bąbelek, moja mała córeczka, moje największe szczęście, które rok wcześniej rodziłam 17 godzin, słoneczko, które urodziło się z wagą 3540 gramy i wielkością 54 cm obchodzi swoje pierwsze urodziny. Był to rok pełen szczęścia, rok pełen codziennego uśmiechu, rok tak bardzo inny niż wszystkie te, które przyszło mi mieć w swoim życiu. Inny, ale piękny, może nawet najpiękniejszy, lecz nie chce używać tego słowa w perspektywie kolejnych nadchodzących lat :) Na swojej imprezie urodzinowej mała wybrała różaniec. Kieliszek, pieniądze i książka w ogóle jej nie zainteresowały. Chyba będziemy mieli w rodzinie zakonnicę ;) W dwunastym miesiącu zaczęły wychodzić kolejne ząbki, było to niestety okraszone kaszlem, katarem, pojawiającą się gorączką i doskwierającym małej bólem, ponieważ na raz wybijały się dwie górne jedynki i dwie górne dwójki. Nieprzespane noce, kontrolne wizyty u pediatry i jakoś udało nam się przetrwać ten trudny czas. Aż strach się bać kolejnych ząbków! Kroki są już pewne i możemy śmiało powiedzieć, że przechodziliśmy roczek. 

Post miał dotyczyć dwunastu miesięcy życia dziecka, ale, że czas ucieka mi przez palce i nie wiem kiedy zakończyliśmy kolejny, trzynasty miesiąc, jego też Wam przybliżę. Przeżyliśmy w nim swoją drugą Wielkanoc w trójkę i pierwszy lot samolotem! Byłyśmy z Idalią trzy tygodnie w obcym kraju, a najlepszą formą zabawy stała się ta na placu zabaw. Szczegóły pierwszego lotu i pobyt w Budapeszcie opiszę Wam w kolejnych postach ;) 

Idalia z dnia na dzień się zmienia, staję się coraz bardziej samodzielnym człowiekiem i muszę Wam powiedzieć w sekrecie, że cudownie jest patrzeć jak dziecko z totalnie zależnego od rodzica malca staje się niezależną jednostką. Polecam! ;)




Zachęcam do obserwowania nas na instagramie! PIEGUSOWELOVE ;)

czwartek, 22 marca 2018

Jak pogodzić treningi z macierzyństwem?

1. Nie szukaj wymówek.
To podstawowa zasada dotycząca nie tylko trenujących mam, ale wszystkich, którzy chcą wyglądać i czuć się zdrowo, ale nie oszukujmy się, my matki mamy większe pole do popisu. Bo dziecko płacze, bo trzeba mu ugotować, bo trzeba uśpić, przewinąć. No jasne, trzeba i ja również to robię. Nie mów, że nie masz czasu, doba Marii Skłodowskiej- Curie czy Alberta Einsteina trwała tyle samo co Twoja, a zobacz ile dali radę zrobić. To co? Ty nie dasz rady znaleźć pół godziny w ciągu dnia na trening? Nie wierzę!

2. Wiem, że jesteś zmęczona, ale czym jest dla Ciebie to pół godzinki przed snem?
Przez większość życia Idalii trening robiłam dopiero po jej uśpieniu, z wyłączeniem czwartków, w które mam treningowe wychodne. Ja wiem, że gdy dziecko pójdzie spać jest wiele innych rzeczy, które trzeba zrobić. Nasze mieszkanie wieczorami wygląda tak, jakby przeszło po nim tornado, a właściwie orkan. Orkan Idalia. Gry powywalane z półek, książki też. Ubrania zdaniem mojej córki lepiej wyglądają na podłodze niż w szafie, a w kuchni naczynia piętrzą się w zlewie, bo po jedzeniu nie ma czasu włożyć ich do zmywarki. Brudne ubrania przepełniają kosz na pranie, nie wspominając już o zabawkach, które walają się dosłownie wszędzie. Po uprzątnięciu tego wszystkiego nie marzę o niczym innym jak usiąść, obejrzeć film lub poczytać książkę. Trening to często ostatnie na co mam ochotę, jednak zbieram się w sobie, zakładam strój sportowy i działam. Często mówię sobie "pół godzinki i włączę ten fajny film, który ostatnio polecała mi Gośka", a w końcowym efekcie wycieńczona po dwóch godzinach treningu padam na twarz. Polecam, najtrudniej jest zacząć, a śpi się o wiele lepiej! ;)

3. Rób trening kiedy dziecko śpi. Nie. Nie śpij kiedy ono śpi, rób przysiady!
Jeżeli wieczorne treningi to coś, co przerasta Twoje możliwości (wiem o czym mówisz, ostatnio sama mam jakiś kryzys wieczornych ćwiczeń), trenuj w czasie drzemki Twojego malucha. Dziecko śpi tylko pół godzinny? A wiesz ile brzuszków można zrobić w tym czasie? Już nie wspominając o przysiadach! ;) Śpi godzinę? To po treningu zdążysz wypić kawę! A obiad? Zrobicie razem, jak szkrab się obudzi :) Trening doda Ci energii na resztę dnia biegania za dzieckiem! Obiecuję!

4. Trenuj razem z dzieckiem! Spraw aby była to dla niego zabawa!
Drzemka dziecka to czas w którym ładujesz baterie lub nadrabiasz zaległości? Całkowicie to rozumiem, sama często jak mała śpi piszę dla Was nowy artykuł lub pracuję nad rozwojem osobistym. Czasem też siedzę, nic nie robię i nadrabiam seriale. Normalne i zdrowe, w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Ostatnio zorientowałam się, że ćwiczenia z małą to niezła frajda! Czasem robię mniej powtórzeń, bo dziecko gdzieś mi z pokoju ucieka, ale z reguły wiernie mi towarzyszy i myśli, że to wspólna zabawa. Ostatnio jak robiłam brzuszki ona postanowiła mi dawać buziaki w pępek. Wiecie, że śmiech stymuluje mięśnie? ;) Wiadomo, taki trening nie może trwać za długo, bo dziecko zacznie się nudzić, ale 40 minut wytrzyma, a Ty będziesz mieć kształtną pupę! Brzmi kusząco prawda? Masz już starsze dziecko, które kuma więcej? Zagoń go do ćwiczeń z Tobą! Będziecie się świetnie razem bawić, a ruch to znakomita forma spędzania wspólnie czasu.

5. Nie miej wyrzutów sumienia, że robisz coś dla siebie- znajdź balans pomiędzy dbaniem o siebie, a byciem mamą.
Często robiąc trening mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam tego czasu córce, często gdy wychodzę na trening w czwartek mała żegna mnie w drzwiach, kiwa, a ja po zamknięciu drzwi słyszę, że zaczyna trochę pojękiwać i już w głowie matki słychać ten głos mówiący "a może powinnam zostać w domu?". Ale nie, szybko się ogarniam i mówię sobie, że to tylko 2 godziny, że to mój czas, czas dla siebie, czas dla samorozwoju. Idalia ma kochającego tatę, który świetnie sobie radzi będąc z dzieckiem sam na sam i nie mam się czego obawiać. Małe dzieci wyczuwają humor matki, czasem jest to strasznie upierdliwe, bo gdy masz zły dzień chciałabyś żeby dziecko było grzeczne i usłuchane, a jest zupełnie odwrotnie i dzień staje się jeszcze bardziej do dupy, ale ma to też swoje plusy. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, treningi sprawiają, że jesteś szczęśliwa, endorfiny buzują, a potem przekazujesz te hormony szczęścia swojemu maluchowi. Sport to zdrowie, więc skoro przekazujesz dziecku swoją radość, to może zdrowie też się uda? ;) Nie jesteśmy męczennicami, pamiętaj! Jedno pranie może poczekać, a Twojemu partnerowi nic się nie stanie jeżeli to on tym razem pozmywa naczynia :)

7. Rób to co sprawia ci przyjemność! Tylko sport dający radość ma sens!
W moim życiu od zawsze był sport. Jak byłam mała mama zapisała mnie na gimnastykę artystyczną i balet. Niestety dla niej wyłamałam się i grałam w unihokeja, a następnie postanowiłam tańczyć hip hop. Potem było bieganie (O Boże nienawidziłam tego, ale biegałam dla zdrowia, szkoda, że nie psychicznego :D) i siłownia, która niestety dość szybko mnie znudziła, aż przyszedł czas na pole dance. W czerwcu minie mi rok odkąd trenuję, a każdy kolejny dzień rurki jara mnie tak samo jak ten pierwszy. Czy to oznacza, że znalazłam sport dla siebie? Jestem przekonana, że tak! Przez to, że tak go pokochałam każdy kolejny trening sprawia mi radość, nawet te nierurkowe tabaty, bo wiem, że przygotowują moje ciało do wykonywania powietrznych akrobacji. Kiedy znajdziesz sport, który sprawia Ci radość, treningi będą dla Ciebie przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem, więc szukaj i nie poddawaj się!

8. Słuchaj swojego organizmu, ono najlepiej wie co jest dla Ciebie dobre. Nie śpiesz się.
Na koniec najważniejsza rada. Nie bój się odpuścić. Jeżeli czujesz, że to nie Twój dzień, naprawdę nie masz siły, czujesz się zmęczona, idź spać! Same narzucamy sobie jakąś chorą wizję idealnego ciała, śpieszymy się osiągnąć idealną sylwetkę do lata, do ślubu siostry, do przyszłej gwiazdki. Ukształtowanie mięśni to etap złożony, nie wyjdzie Ci krata na brzuchu w dwa miesiące (a szkoda). Dlatego nie bój się odpuścić w gorszy dzień, zadbać o ducha, a nie o ciało. Nasz organizm wyznacza nam granice, na których przeskoczenie potrzebuje czasu. Przetrenowanie nie jest niczym fajnym, zabiera nam radość z tego co robimy, a przecież bez fanu sport nie ma sensu. Mięśnie potrzebują regeneracji, odpoczynku. Bez regeneracji możesz osiągnąć odwrotne skutki od zamierzonych! Szanuj swoje ciało, odżywiaj się zdrowo i ćwicz systematycznie, ale umiej powiedzieć stop!



Jesteście już z nami na instagramie? Nie? To zapraszamy- KLIK !

środa, 7 marca 2018

Top 9 zabawek Idalii

Jak byłam w ciąży wszyscy mi mówili, że małe dziecko nie potrzebuje żadnych zabawek, że po co, że nie kupuj, że tego i tamtego nie. I faktycznie, przez pierwsze 3 miesiące życia Idalia nie potrzebowała niczego oprócz maminego cyca, czystej pieluchy i cieplutkiego otulacza. Potem jednak zaczęła się interesować wszystkim dookoła, karuzela nad łóżkiem zaczęła być zauważalna, grzechotki idealnie pasowały do malutkich rączek. Nawet nie wiem kiedy ten czas minął, kiedy moja miesięczna córka skończyła 11 miesięcy i kiedy ilość zabawek zaczęła przytłaczać nasze dość spore mieszkanie. Co zabawne, większość tych zabawek mała dostała od tych wszystkich osób, które mówiły, że małe dziecko nie potrzebuje ich za wiele :) Teraz jesteśmy na etapie "wszystko bardziej interesujące od własnych zabawek", jednak jest garstka z nich, która potrafi Idalię zająć na więcej niż 10 sekund. Oto one.

1. Misiu a'la pielucha. Ten misiu towarzyszy małej od pierwszych dni jej życia, głowę ma normalnie wypchaną na misia, ale dół nie jest niczym wypchany - jak pielucha tetrowa. Od paru miesięcy towarzyszy Idalce w każdej części dnia, przez to, że nie jest niczym wypchany idealnie dopasowuje się do malutkich rączek i mała z nim raczkuje. Kompani razem odkrywają świat. Wieczorem Ida tuli się do mnie i do niego i dopiero wtedy zasypia. Pewnego dnia misiek ten zaginął. Przez tydzień nie mogliśmy go nigdzie znaleźć, ale okazało się, że Idalia ma już jakieś swoje skrytki w mieszkaniu, bo po tygodniu patrzę, a ona ma go w rączkach. Do dziś nie wiemy gdzie był. Zabranie owego misia do prania graniczy z cudem, muszę to robić jak śpi, albo jak akurat jest zajęta czymś innym. Suszyć też musi się w trybie natychmiastowym na kaloryferze, bo jak tylko Idalia zauważy, że wisi na suszarce jęków nie ma końca. Tak, zdecydowanie ta zabawka to jej nr 1 :)


2. Książeczki dla dzieci. Takie z małą ilością tekstu, a dużą ilością obrazków. Mała potrafi się nimi bawić naprawdę długo. Sama wertuje strony i ogląda co jest na nich namalowane. Jak próbuję jej przeczytać cokolwiek to wyrywa mi książkę i dalej sama się bawi. Jak przewracam kartki jest dokładnie to samo. Jej faworytami są "Przyjaciele z podwórka" i "Zgadywanki", a każda nasza podróż do empiku kończy się zakupem nowej książeczki. I dobrze, coś czuję, że na roczek to właśnie książka zostanie przez nią wybrana. Genów się nie oszuka :) 


3. Grający pchacz. To cudo Idalia dostała od dziadków na gwiazdkę. Ups! Przepraszam, od Gwiazdora :) Od pierwszych chwil była nim zachwycona i z ręką na sercu mogę przyznać, że pomógł jej w rozwinięciu zdolności motorycznych. Do tego gra różne piosenki, a w dziurki wrzuca się piłeczki (Ida opanowała tę czynność do perfekcji). Dobrą informacją dla rodziców jest to, że można go wyłączyć, gdy mamy już dość słuchania w kółko tych samych melodii. Jednak z autopsji wiem, że gdy przestawał grać, mała traciła nim większe zainteresowanie więc musieliśmy to przecierpieć. I o ile typowym chodzikom, w które wkłada się dziecko mówię zdecydowane nie (chociaż sama takowy miałam), tak pchacze zdecydowanie polecam :)


4. Motylek do rozróżniania kształtów. Tego motylka Idalia dostała od naszych przyjaciół na chrzciny i dopiero niedawno się nim zainteresowała. Niektórzy z Was mogą stwierdzić, że niespełna roczne dziecko jest stanowczo za małe na tego typu zabawki, jednak wierzcie mi lub nie, że jak pokażę Idalce palcem w którą dziurkę ma dany kształt wrzucić, mała to ogarnia i daje radę dopasować. Jako mama jestem dumna i mimo, że sama nie potrafi się tym jeszcze bawić (nie mówię tu o rozrzucaniu klocków po mieszkaniu), to ja z wielką chęcią siadam z nią do tej zabawki i obserwuję pełne skupienie na jej twarzy, gdy próbuje dopasować kształt do odpowiedniej dziurki. 


5. Siostrzyczka szczeniaczka uczniaczka. O tej zabawce mówiłam już Wam jakiś czas temu i wtedy też miała ona swoje dobre dni. Teraz odeszła trochę na dalszy plan, jednak wierzę, że za jakiś czas znów powróci do łask. Zabawka przeznaczona jest dla dzieci od 6-36 miesięcy i ma trzy tryby dostosowane do wieku dziecka. Czekam na moment jak Idalka zacznie naśladować dźwięki czy uczyć się literek. Jestem pewna, że szczeniaczek uczniaczek jej w tym pomoże!


A teraz czas na zabawki, które raczej zabawkami nie są, ale Idalia myśli inaczej ;)

6. Magnesy na lodówkę. Wiem, że to nie jest typowo jej zabawka (chociaż moja mama u siebie posiada takie misie z magnesami na łapkach, co jest zdecydowanie przeznaczone dla dzieci), ale stanowią wybawienie dla mnie gdy coś gotuję. Mała jest szczerze zajęta i ze skupieniem ściąga je z lodówki i przyczepia w innym miejscu. My z Krzyśkiem zbieramy magnesy w różnych miejsc, więc mała ma naprawdę szerokie pole do popisu, choć te, które są dla niej za wysoko (takie, które mogłaby zniszczyć) najbardziej ją fascynują ;) 


7. Drapak Simby. Tyle możliwości! Domek do którego można włożyć głowę, sznurek za który można pociągnąć czy podstawka na której można robić slalomy. Często gdzieś tam również leży Simba z którym można się pobawić jego zabawką. Generalnie temat rzeka, dziecka nie ma ;) 


8. Kable. I nie, nie takie podłączone do kontaktów, jesteśmy odpowiedzialnymi rodzicami, nie musicie dzwonić do MOPSu, ale takie, które leżą gdzieś luzem i można spróbować rozgryźć co mają na swoich końcach. Jako, że ojciec jest muzykiem, w domu kabli jest multum, a najbardziej ciekawym pomieszczeniem zdaje się być studio nagraniowe, gdzie Idalia nie może przejść obok nich obojętnie. Chyba czas zdecydować się na zakup zestawu "małego kablarza" :) Do jednego worka mogę włożyć wszelki sprzęt elektroniczny, którym nie pozwalamy się jej bawić. Oczywiście jest wtedy złość, krzyki i ogólny lament, ale my sukcesywnie nie dajemy się sterroryzować ;) Znaleźliśmy też dobre, choć chwilowe, rozwiązanie - klawiatura podłączana do tableta. Co prawda nic się nie świeci, ale można bez przeszkód poklikać sobie w klawisze :) 


9. Gry na X-boxa. Nasza zmora. Niestety leżą one na półeczce pod telewizorem, więc Idalia ma do nich pełen dostęp, a totalnie nie pasuje nam żeby miały leżeć gdzieś indziej. Musimy się więc liczyć z tym, że gry te są zrzucane z tej półki 1000 tys. razy dziennie, a my co przechodzimy obok nich układamy je na nowo. No cóż, coś za coś :) 

Oczywiście wszystko do czego mają dostęp te małe rączki służy jej do zabawy i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Klamerki, majtki mamy z szafy, skarpetki taty, za duże buty Idalii pochowane na przyszłość, bransoletki taty, kosmetyki mamy - to wszystko jest dużo bardziej interesujące od wszystkich maskotek i grzechotek razem wziętych. A najlepszym kompanem do zabawy jest Simba i warto mu co jakiś czas pomachać jego kijkiem przed mordką ;) Dziękujemy obydwóm babciom za zakup zamykanych pudełek na jej wszystkie skarby, starczą jeszcze na jakiś czas, choć jej kolekcja z miesiąca na miesiąc niebezpiecznie się powiększa. Chyba w wakacje musimy rozpocząć przygotowywać jej pokój! 


Jesteś już z nami na instagramie? Nie? to koniecznie nadrób zaległości! ------> KLIK ;)

środa, 14 lutego 2018

Żyjemy w kraju absurdów- część 2

Pamiętacie mój wpis odnośnie ogrzewania w naszym domu (LINK)? Na końcu artykułu napisałam zdanie "(...) a my dostaliśmy informację, że w ciągu 5 dni ma być decyzja odnośnie zgody", jakże mylne były nasze nadzieje! Więc jedziemy z opowieścią dalej. W czwartek, 21 grudnia, Krzysztof ponownie wybrał się do Urzędu Miasta odebrać zgodę. W końcu dostaliśmy list, że w ciągu 5 dni od jego otrzymania możemy odebrać decyzję dotyczącą naszego mieszkania. Otrzymał tam informację, że jeszcze jej nie ma, bo brakuje podpisu jakieś Pani, a jej akurat nie ma w pracy. Krzysztof pokornie przyjął tę informację i zadzwonił do mnie aby przekazać mi te złe wieści, a ze mną tak łatwo w urzędzie już nie mieli. Obiecałam sobie, że na święta będziemy mieli ciepło, więc nie zostawiłam tej sprawy samopas. Założyłam kurtkę, ubrałam Idalię i ruszyłam na wojnę stoczyć kolejną bitwę.

Krzysiek powiedział mi, do którego pokoju mam się udać, a gdy weszłam do niego w pomieszczeniu stały dwa biurka, a za nimi siedziały dwie młode panie. Podeszłam do jednej z nich i powiedziałam w jakiej sprawie przyszłam. Ona, dość zdziwiona odpowiedziała mi, że przecież był już Pan dziś w tej sprawie. Uprzejmie odpowiedziałam, że wiem, że był narzeczony niestety musiał już jechać do pracy, a jako, że ja siedzę z córką w zimnym mieszkaniu przyszłam odebrać naszą decyzję w sprawie instalacji grzewczej i nie wyjdę póki tej decyzji nie otrzymam. Pani bardzo się zdziwiła i powiedziała, że pójdzie do Pana, który zajmuje się naszą sprawą i prosi o chwilę cierpliwości. Ja w tym czasie rozpłaszczyłam siebie i Idę i rozsiadłam się wygodnie. Kobieta wróciła z panem, nazwijmy go J, który cierpliwie zaczął tłumaczyć mi, że zgody nie ma, bo Pani, która daje podpisy na decyzjach aktualnie przebywa na L4. Wysłuchałam go i odpowiedziałam, że ja mam w domu zimno, dziecko chodzi ubrane w 3 warstwy, w święta mamy chrzciny i naprawdę nie przekonuję mnie fakt, że mam w domu po 15 stopni tylko dlatego, że jakaś Pani przebywa na L4. Powiedziałam również, że to w ich gestii leży zapewnić osobę, która w zastępstwie takie podpisy może złożyć. Dodałam, że 7 dni temu dostaliśmy list w którym było napisane, że za pięć dni możemy odebrać decyzję dotyczącą naszego mieszkania. Pan odpowiedział, że tak, że wysłał takie pismo żeby przyspieszyć naszą sprawę. Odpowiedziałam, że jestem mu za to bardzo wdzięczna, a będę jeszcze bardziej jak doprowadzi naszą sprawę do końca - DZIŚ. Pan był dość zdziwiony moją postawą i poprosił mnie o chwilę cierpliwości. Wrócił z jeszcze jednym mężczyzną, któremu wyjaśniłam jeszcze raz naszą sytuacje dodając, że nie wyjdę póki nie dostanę decyzji, bo "tu nam ciepło". Pan wykazał zrozumienie i powiedział, że zrobi wszystko żebyśmy otrzymali dziś potrzebne dokumenty. Wychodząc powiedział, że wróci za 15 minut, a pan J wyszedł razem z nim. Panie z sekretariatu poparły moją postawę mówiąc, że może w końcu zauważą, że jest problem i że ludzie w grudniu nie mają ogrzewania przez jakieś głupie podpisy. W tym czasie Panowie wrócili z potrzebnymi dokumentami. Udało się. Mieliśmy zgodę. Myślałam, że wtedy pójdzie z górki! Ponownie się myliłam....

Zadzwoniłam do Krzyśka, że mamy to! Nie mógł uwierzyć jak to zrobiłam. Opowiedziałam mu wszystko, a on wyszedł wcześniej z pracy żebyśmy mogli pojechać do gazowni i ogarnąć wymianę licznika. Szczerze wierzyliśmy w to, że przed świętami będziemy mieli ogrzewanie. W PGNiG powiedzieli nam, że najlepiej jakbyśmy sami ogarnęli w głównej siedzibie gazowni wymianę naszego licznika, bo jak oni będą to załatwiać, to może to potrwać do dwóch tygodni. Uprzejma Pani powiedziała nam również, że brakuje w naszej dokumentacji protokołu szczelności, a bez tego wymiana licznika nie będzie możliwa. Osoby, które będą nam ów licznik wymieniać mogą poprosić o ten dokument do wglądu i odmówić instalacji, a każdy kolejny ich przyjazd będzie dodatkowo płatny. Pierwszy jest w ramach umowy z PGNiG. Podziękowaliśmy jej za cenne informacje i ruszyliśmy do domu, ponieważ główna siedziba gazowni była już zamknięta. Była godzina 15.30, kiedy postanowiłam zadzwonić do administracji, a konkretnie do Pana M, poprosić go żeby rano następnego dnia uszykował nam ten protokół. Mieliśmy w planach podjechać po niego z samego rana, żeby następnie w gazowni błagać o wymianę licznika przed weekendem. Pozwolę sobie swoją rozmowę z Panem M przedstawić w formie dialogu.
Ja: Witam Panie M, dzwonię gdyż otrzymaliśmy już zgodę z urzędu miasta na założenie instalacji grzewczej, właśnie wracamy z PGNiG i dowiedzieliśmy się, że w dokumentacji brakuje nam jakiegoś dokumenty, który poświadcza, że wszystkie kominy u nas są szczelne. Czy....
M: Czy Pani nie widzi, która jest godzina?! Ja już dawno skończyłem pracę! (skończył ją o 15)
Ja: Panie M, ja rozumiem, ale chciałam tylko poprosić, żeby uszykował nam Pan ten dokument jutro z samego rana, bo chcemy wezwać gazownię do wymiany licznika.
M: PANI JEST BEZCZELNA! POWTARZAM JA JUŻ SKOŃCZYŁEM NA DZIŚ PRACĘ!
Zanim rzucił mi słuchawką zdążyłam wrzasnąć, że mam to gdzieś, bo jest mi zimno, ale nie wiem czy to słyszał. Uwierzcie mi po tej rozmowie pierwszy raz od roku poczułam chęć zapalenia papierosa i pewnie gdybym nie karmiła małej, zrobiłabym to. Wróciliśmy do domu i przerażeni czekaliśmy co przyniesie następny dzień...

O 7 rano pojechałam z moim tatą do administracji po brakujące dokumenty (swoją drogą mega wpieniło mnie to, że tego dokumentu nie dali nam wcześniej). Gdy weszłam do sekretariatu, Pani skierowała mnie prosto do Pana M. Wiedząc już, że będę pisać na niego oficjalną skargę stwierdziłam, że nie poruszę z nim tematu rozmowy telefonicznej z dnia poprzedniego, on również nic nie powiedział. Poinformował go po co przyszłam, a on powiedział mi, że tego dokumentu nie ma i że trzeba wezwać kominiarza żeby go wypisał. Przy mnie zadzwonił do Mistrza Kominiarskiego, który obiecał wysłać dziś do nas kominiarzy około godziny 11, którzy sprawdzą szczelność naszych kominów. Posiadając taką informację postanowiłam podjechać z tatą do głównej siedziby gazowni, aby ustalić termin wymiany licznika (a właściwie błagać by przyjechali do nas tego samego dnia). Udało się. Pan z gazowni zlitował się nad nami i wcisnął nasze mieszkanie w grafik zleceń. Umówiłam się z nim, że przyjadą wymienić licznik w okolicach 13-14. Byłam na prawdę szczęśliwa! Wszystko układało się po naszej myśli, oczami wyobraźni widziałam już ciepłe kaloryfery i powrót do spania w naszym łożu "małżeńskim" ;) Po powrocie do domu Krzysiek zadzwonił do serwisanta i umówił się z nim na uruchomienie pieca na godzinę 15- ostatni punkt w karawanie naszych działań. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, czekaliśmy na kominiarza. 

W okolicach 11 przyjechali kominiarze i sprawdzali szczelność. Powiedzieli nam, że papier z tych działań musi wystawić Mistrz Kominiarski i że będzie on do odbioru po świętach. Pierwsze bum. Ubłagaliśmy ich żeby namówili swojego szefa, aby wystawił ten dokument dziś i wysłał nam jego skan mailem, bo o 14 mają nam wymienić licznik i ten dokument jest niezbędny. Obiecali zrobić wszystko co w ich mocy i zrobili. Przed godziną 13 skan wyżej wymienionego dokumentu pojawił się w mojej skrzynce odbiorczej. Po 13 otwierałam drzwi Panom z gazowni. Poprosili o projekt instalacji, zgodę z urzędu miasta i protokół szczelności. Daliśmy im potrzebne dokumenty i... I okazało się, że nie mamy protokołu szczelności. Tak. Dobrze czytacie. Tego dokumentu po który jechałam tego samego dnia rano. Tego dokumentu, który mieli mi wystawić kominiarze. Ponadto powiedzieli,  że w projekcie jest błąd. No kurwa mać, czaicie to? Jak pamiętacie z poprzedniego wpisu (LINK) projekt był robiony PO założeniu instalacji w naszym mieszkaniu. Wracając do protokołu okazało się, że kominiarze wystawili jakiś dokument po wykonawczy, bo tak im powiedział Pan M z administracji. Krzysiek wkurzony zadzwonił do niego pytając dlaczego dał nam zły dokument. Powiedział, że przecież prosiłam o protokół szczelności, że potrzebujemy go na JUŻ. A Pan M odpowiedział, że przecież powiedziałam "protokół, który mówi, że jest szczelnie" (what a difference?) i że ten protokół to on ma w administracji. Krzysiek powiedział mu, że przecież to co mówiłam to to samo i że to on powinien wiedzieć jaki dokument będzie nam potrzebny, a nie my, bo to on się tym zajmuje i się na tym zna. Powiedział również, że będziemy po ten dokument w przeciągu 15 minut i wiecie co? Wiecie co odpowiedział Pan M? "Ale Panie... Jest piątek przed świętami! W biurze to już dawno nikogo nie ma!", była 13.30. Przecież dzień wcześniej nakrzyczał na mnie, że pracują do 15! Nic już nie mogliśmy zdziałać. Podziękowaliśmy Panom z gazowni i odwołaliśmy serwisanta. Następnie zadzwoniłam do Pana M i wykrzyczałam mu, że wiem, że specjalnie dał nam zły dokument w odwecie za wczorajszą rozmowę telefoniczną, że napiszę na niego oficjalną skargę i że życzę mu zimnych świąt, bo my dzięki niemu właśnie takie będziemy mieć i rozłączyłam się nie czekając na odpowiedź. Po tym wszystkim usiadłam na podłogę i zaczęłam płakać. Wszystkie starania na nic... Nie będzie ogrzewania na święta... 


CDN... 


 Wpadajcie na mój instagram LINK ;)

piątek, 2 lutego 2018

Stawiamy pierwsze kroki w wodzie! Czy warto zapisać dziecko na basen?

Pamiętam, że jeszcze kiedy byłam w ciąży Krzysiek wrócił pewnego dnia do domu z pomysłem, że jak tylko mała się urodzi zapiszemy ją na basen. Pamiętam też, że trochę się wtedy popukałam w głowę myśląc, jak on sobie wyobraża takiego malucha na basenie. Krzysiek zarzekał się, że to bezpieczne, że razem z przyjacielem oglądali filmiki małych bobasów (brzmi dziwnie, wiem :D), które kąpały się w takich śmiesznych kołach pływackich na głowach, nawet pokazał mi te filmiki i nadal podtrzymywał, że nasza córka też na takie zajęcia będzie chodzić. Stopniowo sama zaczęłam zgłębiać temat, dowiedziałam się, że maluchy mogą chodzić na basen już od 3 miesiąca życia i niekoniecznie pływają w kołach ratunkowych. Owszem są też takie zajęcia, ale mnie bardziej zainteresowały te, w których maluchy oswajają się z wodą. Ciąża postępowała, a my coraz bardziej byliśmy pewni, że Idalia po narodzinach będzie chodziła na basen. 

Gdy mała się urodziła i Krzysiek został porwany na pępkowe (swoją drogą to pępkowe to zabawna historia, Krzysiek zaginął, wszyscy go szukali... Aż strach puścić człowieka na kawalerski!) w jednym z wielu prezentów zawarty był strój kąpielowy dla małej. Jak się domyślacie, był to pomysł naszego wspólnego przyjaciela, z którym Krzysiek oglądał te filmiki o których pisałam wcześniej i który od początku namawiał nas na zapisanie córki na zajęcia mówiąc, że jak sam będzie miał dzieci, na pewno je zapisze na kurs. Tak więc strój już był, trzeba było tylko znaleźć odpowiednie miejsce. 

Jak to często bywa nasze plany zostały szybko zweryfikowane przez życie. Pierwsze miesiące życia Idalii poznawaliśmy siebie, jej potrzeby i humorki, nie w głowie nam było myślenie o basenie. Jadnak gdy mała skończyła pół roku temat powrócił, rozpoczęłam poszukiwania. W Poznaniu wybór jest dość spory głównie króluje Fregata Swimming, ale jest też Baby Swim. W ofercie Fregaty można wybrać 14-16 zajęć w cenie 490-560 zł za cały kurs. Plusem ich pakietu jest szeroki wybór miejsca w którym odbywają się zajęcia, można wybrać basen Lechicka, basen Daszewice, basen Olimpia, basen Posnania i Termy Maltańskie. Zajęcia Baby Swim odbywają się na oddzielonym od reszty basenów basenie na Olimpii, dzięki temu zajęcia dla maluchów są przeprowadzane w pełnym skupieniu, tak ważnym dla bezpieczeństwa naszych pociech. Kurs kosztuje 390 zł za 13 zajęć trwających 30 minut. Zajęcia w ofercie Fregaty trwają 45 minut. My osobiście wybraliśmy zajęcia w Baby Swim. Byliśmy bardziej za opcją pół godzinnych zajęć, Krzysiek kiedyś trenował na Olimpii i bardzo sobie ją chwalił, kumpel, który trenuje pływanie na tym basenie znał Panie, które prowadzą zajęcia z maluchami i bardzo dobrze o nich mówił, no i nie ukrywajmy cena również zrobiła swoje. Niestety musieliśmy poczekać do grudnia na rozpoczęcie kursu, jednak jak to w macierzyństwie jest- stale uczymy się cierpliwości. 

Im bliżej terminu tym bardziej nachodziły nas wątpliwości. A co jak nam się nie spodoba? A co jak mała będzie płakać? A co jak nie będzie chciała wejść do wody? Lubi się kąpać w wannie, ale wanna to przecież jednak nie basen. Nasz lęk był zrozumiały zwłaszcza, że za semestr płaci się z góry. Zadzwoniłam tam i zapytałam co w przypadku jeżeli nie będziemy zadowoleni z zajęć, a pieniądze z góry będą zapłacone? Uprzejmy Pan zaproponował nam żebyśmy dokonali płatności po pierwszych zajęciach i zobaczyli czy przebieg zajęć nam odpowiada. Uczulił nas także na fakt, że często jak jakieś dziecko się rozpłacze inne zaczynają płakać razem z nim, więc nie radzi się tym zbytnio przejmować. Przyznałam mu rację i podziękowałam za możliwość odbycia "zajęć próbnych". Grudzień zbliżał się nieubłaganie, a my z coraz większą, nieskrywaną ciekawością czekaliśmy na pierwsze próby pływania naszej córki.

Na pierwsze zajęcia poszliśmy w trójkę. Ustaliliśmy między sobą, że będziemy wchodzić z Idą do wody na zmianę, a jak będzie potrzeba w przyszłości pojedzie z nią tylko jedno z nas. Teraz już wiemy, że tylko w skrajnych przypadkach będziemy brali taką ewentualność pod uwagę. W trakcie kiedy jeden z nas przebiera Idalię, drugi szykuje siebie na zajęcia z córką. W przypadku kiedy byłby tam tylko jeden z nas, cały ten proces byłby bardzo utrudniony, dlatego radzimy jeździć na takie zajęcia w trójkę. Wiek dzieci na naszych zajęciach jest różny- od 3 do 9/10 miesięcy, jednak nie stanowi to problemu podczas takich zajęć i oswajania dzieci z wodą. Idalia jest jednym ze starszych dzieci, ale w zupełności nam to nie przeszkadza, bawimy się bardzo dobrze. Tak, my. Bo i dla nas jest to mega zabawa. Idalia jest zachwycona i była już od pierwszych zajęć. Pewnie, czasem zapłacze, czasem jej się coś nie spodoba, ale przecież jest tylko człowiekiem, ma do tego prawo. Co zajęcia uczymy się nowych rzeczy, dzieciaki dostają również zabawki, których mogą używać w trakcie zajęć. Ostatnio nawet zaliczyliśmy pierwsze nurki! Idalia była w szoku, ale nie płakała.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z zajęć. Uważamy, że dorosły człowiek powinien umieć pływać, więc gdy zacznie jako dziecko, w przyszłości będzie mu łatwiej. Gdybyśmy mieli na nowo wybierać szkołę i w ogóle to czy iść z małą na basen, podjęlibyśmy dokładnie taką samą decyzję. No może tylko poszlibyśmy jednak dużo wcześniej ;) Jesteśmy ciekawi każdych kolejnych ćwiczeń i z pewnością będziemy kontynuować zajęcia z nauki pływania w dalszych latach życia Idalii. Kto wie? Może rośnie nam nowa Otylia Jędrzejczak? :) 






Zapraszam na swój instagram- Piegusowelove!